Miesiąc: Maj 2020

Jedyną stałością jest zmienność

Jedyną stałością jest zmienność

Jedyną stałością jest zmienność Patrzę sobie na piękne piwonie w wazonie, jedne już w pełni rozkwitły, inne mają wciąż postać zwartych kulek. Uwielbiam te kwiaty i jeśli tylko mam możliwość „koncertu życzeń”, to zawsze życzę sobie piwoniowy bukiet z okazji Dnia Mamy. Córki urządziły mi 

Pracownia MakramoweLOVE by Sandra

Pracownia MakramoweLOVE by Sandra

Pracownia MakramoweLOVE by Sandra Dzisiejszy wpis nie będzie wpisem o dzieciach, książkach, jedzeniu. Dzisiejszy wpis będzie o nowej marce, o marce która jest mi bardzo bliska – o MakramoweLOVE by Sandra. MakramoweLOVE jest mi bliskie w sposób zupełnie mierzalny, ale i emocjonalny. Wymiar mierzalny tej 

ZOK, Pilch i pierwsze truskawki

ZOK, Pilch i pierwsze truskawki

ZOK, Pilch i pierwsze truskawki

Zakaz opuszczania koszar został trochę poluzowany, a co za tym idzie – całkiem przyjemny. Drożdże stały się ogólnodostępne, ludzie mniej nerwowi. Nawet Marcin po powrocie ze sklepu nie wrzuca całej odzieży do prania na 60 stopni C. Tak jak na początku tego COVIDowego zamieszania zastanawialiśmy się – ile to jeszcze wytrzymamy, tak teraz stwierdziliśmy, że nie wyobrażamy sobie powrotu do przedCOVIDowego rytmu.

Dzieci przywykły do codziennej obecności Marcina w domu, ja mogę dzięki temu więcej pracować. Planujemy niedaleką przyszłość i staramy się znaleźć złoty środek pomiędzy pracą u zewnętrznego pracodawcy, a tą u siebie. Nie chcemy zamknąć się znów w świecie wirtualnym, bo brak kontaktu z „żywym” człowiekiem w takim układzie jest trudny do zniesienia. Z drugiej strony, strata czasu dla rodziny i rozwoju własnej działalności, jaką generują dyżury lub klasyczny układ etatowy też jest nie do zaakceptowania.

W ogóle ta nowa codzienność nabrała rytmu i wszystkim nam pasuje. Na dodatek pogoda sprzyja , więc dzieci większość dnia spędzają na dworze. Wyciągają z garażu wszelkie możliwe sprzęty jeżdżące i albo z nich faktycznie korzystają, albo poroznoszą pomiędzy sosnami.

 

Wczoraj słuchałam, jak Marcin czytał książki dzieciom. W jednej, chłopak o przezwisku Sznycel sika sąsiadowi do konewki. W kolejnej dzieci organizują z nudów w lesie bijatykę z wrogą „bandą”. Jeszcze w innej bohaterowie – Jaś i Janeczka mają wariackie pomysły, typowe dla pozostawionych luzem kilkulatków. Dziecięce półki opanowała literatura skandynawskich autorów i to w większości nie żyjących od lat. Te książki są takie prawdziwe, soczyste. Dzieci są tam dziećmi, nie ma w nich miejsca na tę współczesną pseudopoprawność, pudrowaną sztuczność, jest za to miejsce na dziecięcą fantazję i prawdziwe zachowania dzieci będących w grupie rówieśniczej. Szykuję się do kilku wpisów na temat literatury dziecięcej, ale moje plany niewiele mają wspólnego z ich realizacją.

Ja kupiłam sobie dzienniki Pilcha i smakuję po kawałeczku. Z Jerzym Pilchem mam trochę jak z moim mężem. Marcin jest taki, że ja innych mężczyzn nawet ciekawa nie jestem. A to w jaki sposób Pilch pisze, jest dla mnie równie idealne, jak szyte na miarę. Jerzy Pilch jako pisarz wystarcza mi całkowicie, ja innych pisarzy nawet ciekawa nie jestem 🙂

Marcin wraca kilka dni temu wieczorem z Biedrony, ja siedzę patrzę na te pilchowskie dzienniki, głaszczę, wącham, przekładam. On mnie pyta – A co ty taka smutna jesteś? Ja mu na to – Smucę się z powodu śmierci Pilcha. Marcin – A kiedy umarł? Nikt w radiu nic nie mówił. Ja – Nie umarł jeszcze, ale pewnie umrze niebawem. A jak umrze, to już niczego nowego nie napisze, więc strasznie smutno mi się zrobiło. Potem usłyszałam od męża coś tam na temat infantylności, ale za bardzo się nie wsłuchiwałam w całą wypowiedź, bo czując już jej klimat postanowiłam się obrazić. Będzie mi tu z infantylnością wyjeżdżać i mylić ją z monogamią literacką.

Uwielbiam u Pilcha finezję połączoną z dosadnością. Brnę sobie przez te jego długaśne zdania, czasem muszę niektóre przeczytać ze trzy razy, zwłaszcza jeśli dzieci wokół hałasują i odbiór mi utrudniają. Patrzę sobie na te misterne konstrukcje, tak pięknym językiem napisane. Czasem muszę zerknąć do słownika, by mieć pełną jasność tego co Pilch napisał. A czasem do słownika zaglądać nie muszę, za to pękam ze śmiechu wpadając na krótki i treściwy opis – filigranowa laleczka o twarzy wenezuelskiej kurwy.

Kiedyś postanowiłam sobie te wszystkie smaczki z Pilcha zaznaczać, wynotowywać. No i jak szybko zaczęłam, tak skończyłam, bo okazało się że mam podkreślony prawie cały rozdział książki.

No i na koniec odnotowuję tak ważne tegoroczne wydarzenie, jakim jest skonsumowanie w miniony wtorek pierwszych polskich truskawek. Zachwytów smakowych nie było, ale ta radość z odbytego tegorocznego truskawkowego pierwszego razu była. Spożycie pierwszych polskich truskawek jest wszakże otwarciem sezonu letniego na talerzach (w głowach i sercach też).

Ala