Autor: Ala

Nasz dzień – album z sesji „Dzień z życia”

Nasz dzień – album z sesji „Dzień z życia”

Nasz dzień – album z sesji „Dzień z życia” Wróciły wspomnienia z naszej kwietniowej dokumentalnej sesji fotograficznej „Dzień z życia” robionej przez Paulę z Poli-Grafia. A wróciły one wraz z przysłanym przepięknym albumem. Ja nie miałam pojęcia, że takie cudeńka teraz robią. Jak dla mnie…

Rozbiłaś dzbanek!

Rozbiłaś dzbanek!

Rozbiłaś dzbanek! Pamiętacie ten fragment z Matrixa?: Moi synowie przekonali mnie o dwóch następujących rzeczach. Po pierwsze czas ma różne wymiary, a kobieta będąca matką, w sytuacjach podbramkowych potrafi się poruszać pomiędzy tymi wymiarami. Po drugie – to co potrafi Neo, potrafi każda matka. Ratowanie…

Miłość w czasach zarazy

Miłość w czasach zarazy

Miłość w czasach zarazy

Wygląda na to, że udało mi się ochłonąć po ostatnich wydarzeniach i wreszcie potrafię zająć się czymś innym, niż tylko trwożne doglądanie Brunona.

Ostatnie trzydzieści dni to istny tor przeszkód, jaki nam zaserwowało życie. Wylosowaliśmy przeszkody z kategorii – zdrowotne. A zaczęło się wszystko niewinnie. Najpierw u Marcina rozwinęło się zapalenie zatok. A na zakładkę z mężowskimi zatokami, u Brunona rozwinęła się choroba tajemnicza. Początki były dość niewinne. Najpierw dziecko skarżyło się kilka razy dziennie na kurczowe bóle brzucha, które przechodziły samoistnie. Poza tym norma – koński apetyt, energia godna dwójki dzieci, żadnych innych niepokojących objawów. I my i lekarz obstawialiśmy albo coś zalegającego w żołądku, albo jakąś „jelitówkę” o słabej manifestacji. Po trzech dniach wszystko ustąpiło i po kolejnych czterech bezobjawowych Brunon poszedł do przedszkola. No i wieczorem po przedszkolu rozpętało się piekiełko. Ból brzucha, wysoka gorączka, luźny stolec. Pozostało więc nam łapać kupę i wytypować badania, które mogą dać odpowiedź.

Badania, które dzięki srogiemu wzrokowi Wojtka (albo dzięki jego dobrze rozwiniętym umiejętnościom miękkim) zostały zrobione od ręki (i tu zamacham do sąsiada – machu machu) odpowiedzi nie dały. Stan młodego się pogarszał – leżał złożony trudną do zbicia gorączką i bólem. Nie wytrzymaliśmy dalszego czekania, Marcin zabrał Brunka do szpitala. W trakcie oczekiwania na konsultację, wywaliła mu wysypka na stopach i dłoniach. Młoda pani lekarz orzekła – bostonka. Po zrobieniu usg brzucha i odnalezieniu tam licznych powiększonych węzłów chłonnych do rzekomej bostonki dołożyła Zinnat „na węzły chłonne” i postraszyła jeszcze, że jak po Zinnacie nie zmniejszą się, trzeba będzie diagnozować syna w kierunku białaczki. No i była na tyle pewna swej diagnozy, że bez zrobienia chociażby morfologii odesłała chłopaków do domu.

W drodze powrotnej Marcin zdecydował o sprawdzeniu Brunonowi CRP – okazało się że jest bliskie 100. Szybki telefon do naszego zaprzyjaźnionego pediatry i jego równie szybka ocena działań lekarki – co za idiotka, powinna zapisać cefalosporynę trzeciej generacji, a nie Zinnat. Jeśli Brunon ma Yersinię, to Zinnat tak rozwali mu jelita, że trudno je będzie pozbierać.

No i finał był taki, że Brunon przemęczył się jakoś w środę, wysypka wywaliła mu na całym ciele, a w czwartek był już w takiej kondycji, że Marcin po sprawdzeniu powrotu włośniczkowego zgarnął go z łóżka i popędził do szpitala. Dojechali na chwilę przed stanem ciężkim. Wraz z ich ponownym wejściem do szpitala przyszedł wynik posiewu z kału – Yersinia. 

Boję się pomyśleć, jakby to wszystko mogło się skończyć, gdyby Brunon nie dotarł do szpitala z gotową diagnozą, albo gdyby nie zechcieli brać pod uwagę zrobionych przez nas badań. Na szczęście syn bardzo dobrze zareagował na antybiotyk i w niedzielę brzuch go już nie bolał i był wprawdzie słaby, ale zdecydowanie zdrowszy.

Trudny to był czas dla nas wszystkich. Marcin z Brunonem skoszarowani w izolatce dostawali fioła. Nie byłam też świadoma, jak bardzo było to dla syna stresujące. Po pierwsze zakładanie wkłucia czyli – Brunon wyrywający się i krzyczący – nie bijcie mnie, proszę, nie bijcie! Później wszystkie zabiegi przy wenflonie powodowały taki stres, że trząsł się cały. No i huśtawka, którą rozbujali lekarze. Jednego dnia informacje o konieczności toczenia krwi, drugiego na całe szczęście odstąpienie od pomysłu. No i najlepsze – jednego dnia spadła na nas informacja – posocznica. Drugiego dnia – przepraszam, źle spojrzałam dodatni był posiew z kału, a nie z krwi (dobrze, że drugiego antybiotyku nie zdążyli włączyć).

Wkurzające było wieczne cmokanie nad stanem Brunona. Najpierw miał wyjść po tygodniu, potem po dziesięciu dniach, potem BYĆ MOŻE po czternastu (O ILE NIC SIĘ NIE ZADZIEJE). Rezultat był taki, że zabraliśmy go na własną odpowiedzialność w dwunastej dobie. Dziecko było od dziesięciu dni bez gorączki, bez bólu brzucha, z poprawiającą się morfologią, zmniejszonymi węzłami chłonnymi do górnej granicy normy, dużym apetytem, przybierające 100 g na dwa dni. No i biedne roznosiło salę, dzwoniło do mnie i prosiło podczas videorozmowy – mamo, pokaż mi trawę. A oni chcieli go trzymać do nie wiadomo kiedy. Lekarka będąca w trakcie specjalizacji mówiła – no nie wiem, zobaczymy co lekarz prowadzący powie. Lekarz prowadzący mówił – no nie wiem, zobaczymy co szef powie. Ordynator mówił – no nie wiem, zobaczymy co zakaźnik powie. Wisiało nad Brunkiem widmo jakiegoś nieznanego i niewpisanego w papiery zakaźnika, który na telefon, nie widząc pacjenta decydował o długości jego pobytu w szpitalu.

W domu w tym czasie też było kolorowo. Gucio miał klujące się zapalenie krtani, które udało się zdusić w zarodku. Pomagającą mi teściową zabrało w nocy pogotowie z bólem w klatce piersiowej i ciśnieniem wywalonym w kosmos. Poza tym byłam dzielna – ogarniałam dom i dzieci, robiłam zastrzyki kotom (postanowiliśmy przeleczyć naszego i będącego na gościnnych występach kota mojej mamy), woziłam do szpitala domowe ciasta, rosołki z lanymi kluskami i nielegalne pancakes.

Nie byłabym taka dzielna gdyby w tej dzielności nie pomogły mi mamy i sąsiedzi. Najpierw mama Marcina mi pomagała przez większość czasu, potem moje ewakuowała się z sanatorium na drugim końcu Polski i teściową zmieniła.

A co do sąsiadów, to mamy sąsiadów przez wielkie S – Wojtek ułatwił maksymalnie całą sprawę diagnostyki laboratoryjnej, Sandra gotowa wytrzeć mi gila spod nosa. Do tego miałam wszystkie – zawieźć, przywieźć, mamę odebrać, a potrzebujesz zakupy na weekend, jedziemy do Baumana.

Ha, no i mój najmłodszy brat! Czuwał nad moim stanem emocjonalnym. Codziennie zaraz po szóstej rano telefon – Spałaś tej nocy? Jak Brunon? Jak reszta dzieci? Jak się trzymasz?

Jeszcze trzęsę się nad Brunkiem niczym topola osika, ale już nie spędzam wieczorów wpatrzona czy śpi spokojnie. Staram się myśleć, że mamy to za sobą i że nie będzie nawrotu. Któregoś dnia Brunon obudził się z dopołudniowej drzemki z okrzykiem – mamo ja w Zielonce już jestem, w Zielonce się obudziłem! Długo go będzie to wspomnienie szpitala trzymało.

Młody jest do mnie przyklejony. Chce ze mną spać, tuli się jak mały kotek. Zastanawiamy się, kiedy powrót do przedszkola mu zaserwować. Nudzi się w domu jak mops. Z jednej strony niańczę Gucia, a z drugiej – mamo przytul, mamo porysuj, mamo baw się, mamo zróbmy rogaliki z Nutellą, mamo obudź mi Furbiego, mamo tańcz – nie, nie tak, pupą masz tańczyć.

rekonwalescent

Aż trudno uwierzyć, że miałam w planie jeszcze kilka wątków pozaszpitalnych. Wpis jednak rozciągnął mi się nieznośnie, więc to co dziś niezapisane, zapisane już raczej nie będzie, bo planów nie umiem się trzymać.

Ala

P.S. Nie wiem jakim cudem przebrnęłam przez „Miłość w czasach zarazy”. Najpierw byłam pewna, że jeszcze kilka stron i książka stanie się „dobra”, a potem to już czytałam odrobinę osłupiała. Streszczę szybciutko te około 200 stron – On się w niej zakochał, ona początkowo przejawiała zainteresowanie, ale ostatecznie wyszła za innego. On pozostał wierny swemu uczuciu, lecz spółkował z licznymi niewiastami. Borykał się z koszmarnymi zaparciami i smrodem z ust. Ona owdowiała, on zaczął się koło niej kręcić. No i potem sielanka – zaprzyjaźnili się, odbyli rejs statkiem, podczas którego po kilkudziesięciu latach oczekiwania on mógł znaleźć się w niej. I tak się do siebie zbliżyli, że ona mu robiła lewatywy, a on jej nie pamiętam co.

 

 

 

Przepis na puszyste rogaliki z Nutellą

Przepis na puszyste rogaliki z Nutellą

Przepis na puszyste rogaliki z Nutellą Przepis na puszyste rogaliki znalazłam na stronie Doroty i zakochałam się w tym delikatnym cieście drożdżowym. Swoją puszystą strukturą zawdzięcza ono głównie mące tortowej (typ 450), która zawiera sporo mniej glutenu niż zazwyczaj używana do ciast drożdżowych mąka luksusowa…

Polubiłam jesień

Polubiłam jesień

Polubiłam jesień Jeszcze nie tak dawno nienawidziłam jesieni, a teraz rozsmakowałam się w niej na całego. Odkąd przeprowadziliśmy się do naszego domu i za drzwiami wejściowymi mam las, następstwo pór roku po prostu uwielbiam. Za żadne skarby nie chciałabym już mieszkać w mieście i budzić…

Mamo, a gdzie jest cipka?

Mamo, a gdzie jest cipka?

Mamo, a gdzie jest cipka?

Uwielbiam książki, książki tradycyjne, najlepiej szyte i w twardej oprawie. Lubię je posiadać, mieć tylko dla siebie. Czytać, wąchać i oglądać. Dotykać, sięgać po nie i odkładać. Jestem szczęśliwa, że dzieci to odziedziczyły, lub udało się w nich tę miłość zaszczepić. Gdy słyszę – mamo, nie mam znów czego czytać, czuję się jakbym słyszała – mamo, nie mam co jeść.

Tytułowym pytaniem uraczył mnie w zeszłym tygodniu Brunon. Przewijam sobie spokojnie Gucia w sypialni, a tu nagle z dołu dobiega do mnie – mamo, a gdzie jest cipka? Najpierw myślałam, że się przesłyszałam, ale powtórzone pytanie brzmiało identycznie. Biegnę więc po schodach trochę osłupiała i jednocześnie zaciekawiana. Brunon siedzi na podłodze i nerwowo przerzuca kartki atlasu anatomicznego w poszukiwaniu rzeczonej cipki. Przysiadłam przy synu, pomogłam w odnalezieniu odpowiedniej strony. Nie sądziłam, że utrwalanie wiedzy może przynosić taką ulgę – o jest, znalazłem, nie zgubiła się.

Atlas anatomii Sobotta kupiłam na pierwszym roku studiów. Jak na tamte czasy, komplet tomów był w jakiejś zawrotnej dla studenta cenie. Okupiłam to wnet niedojadaniem, ale do dziś pamiętam nabożne ściąganie folii z atlasów. Byłam jedyną osobą na roku, która Sobottę sobie sprawiła. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że będzie to jedna z ulubionych książek moich dzieci – nie uwierzyłabym. Przy atlasach siedziały dziewczyny, kłócąc się zajadle o to, od którego tomu która z nich zaczyna. Kiedy byłam z Guciem w ciąży, cała trójka pilnie przyglądała się anatomii kobiety ciężarnej. Chyba do dziś nie uwierzyły, że te wrota na świat są umiejscowione tam gdzie są. Dziecięce książki o budowie ciała człowieka nie zdały u nas egzaminu.

Z książkami wiąże się też zabawna sytuacja z początków naszego związku. Do dziś nie wiem, dlaczego na studiach miałam opinię… Hm, sama nie wiem jak to nazwać. No na pewno męska część nie spodziewała się, że babki w makutrze lubię ucierać. A skoro niewiele o mnie wiedzieli, to wyobraźnia musiała swoje podpowiedzieć. Marcin przyznał się, że bał się do mnie przyjść po raz pierwszy. Ulga jaką ponoć poczuł, gdy zobaczył ile to książek mam upchniętych na półkach, była duża. Liczba woluminów rozwiała jego podejrzenia, że rzucę się na niego i skonsumuję, a przed konsumpcją jakieś przypalanie lub podwieszanie pod sufitem zaproponuję. Oglądam swoje zdjęcia z tamtego okresu studiów i nie mogę zrozumieć, dlaczego o takie praktyki byłam podejrzewana. Ponoć strach było do mnie podejść. A tak naprawdę myślę sobie, że fakt, iż sama mieszkałam wtedy w kawalerce, powodował zbyt duży galop pędzonej testosteronem męskiej wyobraźni.

W ostatnim czasie, cudownego odkrycia dokonała też nasza Jaśminka. Pewnego razu opowiadała mi pilnie, że Masza (ta od Niedźwiedzia) ma w swoim pokoju telewizor i jeszcze pilota do tego telewizora. Czułam, dokąd ta rozmowa będzie zmierza i mówię spokojnie, że w naszym domu jeden telewizor wystarcza i na pewno nie zgodzę się na zakup kolejnego. Powiedziałam też, że martwię się o Maszę, bo mieszka ona sama i ani razu nie widziałam jej rodziców, ani dziadków. Jaśminka orzekła, że Masza nie ma ani rodziców, ani dziadków. Na moje pytanie, skąd w takim razie Masza się wzięła, córka orzekła – jak to mamo, Masza się po prostu gdzieś wylęgła i jest pierwszym człowiekiem na Ziemi.

Tak więc tajemnica stworzenia została wyjaśniona, zrozumiałam też, skąd to podobieństwo zachowań Jaśminki i Maszy 🙂

Wróciliśmy dziś z weekendowego wypadu do mojego ukochanego Helu. Postanowiliśmy uczcić w ten sposób Marcina urodziny. Emmmm, wyczerpująco było.

Nie dość, że 3/4 naszych dzieci pierwszy tydzień września uczciło gilami do pasa, to współpraca z Brunonem i Jaśminą była dalece niezadowalająca. A dzisiejsza droga powrotna to koszmar jakiś. Dziewczyny na tyłach samochodu ciągle się kłóciły i tłukły, a synowie siedzący za nami darli się a to na przemian, a to w duecie. Wróciłam z takim bólem głowy, jakiego dawno nie miałam. Do tego smród, jaki wyprodukował w domu nasz kot i zarzygana kanapa, spowodowały, że chciałam odwrócić się na pięcie, wyjść i wrócić, gdy od odpoczynku z dziećmi odpocznę. Wypadów weekendowych mi się odechciało na długi czas.

Marudzę i marudzę, ale jednak trochę fajnych chwil też było:

Ala

 

Wakacyjne podsumowanie

Wakacyjne podsumowanie

Wakacyjne podsumowanie Basen złożony, biurka skręcone, brzozowe liście pętają się po trawniku – wakacje za nami. Ze względu na opóźniony zakup samochodu, były one najbardziej stacjonarnymi wakacjami, jakie kiedykolwiek mieliśmy. Urobiłam się po pachy przy tej naszej gromadce, a ostatnie dwa tygodnie były wyjątkowo ciężkie.…

Przepis na dżem morelowy

Przepis na dżem morelowy

Przepis na dżem morelowy Lipiec nie byłby dla mnie lipcem, gdybym nie sięgnęła po przepis na dżem morelowy. Nie robię dużej ilości tego pysznego przetworu, nie więcej niż 10 słoiczków. I gdy lato się kończy, kończą nam się słoiczki z dżemem morelowym. Dzieci zjadają go…

Przepis na zaklepusy

Przepis na zaklepusy

Przepis na zaklepusy

Zaklepusy to popularna krajeńska zupa. Można ją przygotowywać o każdej porze roku, ja jednak najbardziej lubię ją wiosną i latem, kiedy włoszczyzna jest młoda. Zaklepusy najchętniej podaję z jajkami ugotowanymi na twardo i świeżymi ziołami (pietruszka+lubczyk+mięta).

Zapraszam po przepisy na lekkie dania:

Placuszki jaglane z porem i rodzynkami

Pieczone pomidory

Placuszki gryczane z suszonymi morelami

Zapiekany omlet ze szparagami

Cukinia zapiekana z parmezanem

Młoda kapusta na krótko

Fasolka szparagowa w pomidorach

Przepis na drożdżówkę na jogurcie

Przepis na drożdżówkę na jogurcie

Przepis na drożdżówkę na jogurcie Przepis na drożdżówkę na jogurcie powstał z konieczności. Miałam ochotę na drożdżowe ciasto, a nie miałam ani krztyny mleka w lodówce. Potem doszły następne kombinacje – podmianka masła w cieście na oliwę i żonglerka dodatkami. Drożdżówka na jogurcie i oliwie…