GG – Gustaw i głód

GG – Gustaw i głód

GG – Gustaw i głód

No to jesteśmy w domu od ponad tygodnia. Gucio jest najbardziej punktualnym z naszych dzieci. Gdy tylko minęła północ i nastał 15 marca oszacowany przez lekarza jako dzień porodu, syn postanowił opuścić zacisze maminego brzucha.

Aż trudno mi uwierzyć, że wreszcie skończyło się to trwające wnet kwartał napięcie. To wykańczające – rodzę/nie rodzę? To oczekiwanie, jak tym razem wszystko przebiegnie – zdążę do szpitala, czy urodzę w domu/samochodzie? Będzie któraś z mam na miejscu, czy przy dzieciach wszystko się rozegra? Dzieci będą zdrowe, czy z noworodkiem wrócimy w sam środek infekcyjnego szaleństwa? Jak sobie to odtworzę, natychmiast mam ochotę iść spać.

Co wiem o porodzie, po czwartym porodzie? Wiem, że nic nie wiem. Wiem, że żaden poród nie jest kalką poprzednich i każdy zaskakuje w inny sposób. Kiedyś słysząc, że kobietę obudził płacz świeżo narodzonego dziecka, pukałam się w głowę. Teraz z tym pukaniem jestem znacznie ostrożniejsza i twierdzę, że wszystko jest możliwe.

Skoro kładłam się spać o 23:00 i nic nie wskazywało na rozpoczęcie akcji porodowej, a obudziłam się po dwóch godzinach ze skurczami co 5 minut – spokorniałam i wszelkie scenariusze porodowe stały się dla mnie prawdopodobne.

Na szczęście i tym razem wszystko przebiegło bez komplikacji. Do szpitala dotarliśmy na czas. Poród przebiegł w intymnej atmosferze, a personel był obecny dopiero przy finałowych 20 minutach. W sumie, to wystarczała mi w pełni świadomość ich obecności za ścianą. Mogłam spokojnie urodzić tylko w towarzystwie Marcina.

Gucio (podobnie jak reszta dzieci w tym okresie) ma alergię pokarmową. Jestem więc na cudownej diecie bez wszystkiego. Bez zbóż zawierających gluten i tych bezglutenowych też, bez jajek, bez nabiału, kakao, soi, orzechów. Schudnę więc znów 25 kg, potem utyję 30, wszystko już przerabiałam.

Przy Brunonie strasznie się denerwowałam i szarpałam z ta alergią, bo była najbardziej rozległa. Teraz przy Gustawie jestem absolutnie spokojna. Ze stoickim spokojem wcinam rano rukolę z pomidorami i jakąś wędliną. Zapijam to dwoma kubkami kawy. Potem przez cały dzień podjadam jarzyny, z ostrożna owoce, ohydne galaretki Wawel lub jakieś żelki. Wieczór spędzam przy śledziach Lisnera i chipsach. Bleee, bleee, bleee, ale jeszcze jakieś 7 miesięcy i to minie. No i macie prawdę żywieniową o dietetyku i blogerce kulinarnej. Przygotowywanie dwóch wersji obiadów przy czwórce dzieci mnie przerasta. Na obiad zjadam po prostu to, co jest dla mnie dozwolone. Oby do jesieni.

Nasze życie po powrocie ze szpitala toczy się starym tokiem. Dzieci wstają o 5:30 (niezmiernie cieszę się na zmianę czasu, bo to jedyny dzień w roku, kiedy to szanowna progenitura wyskoczy z łóżek w okolicy 6:30). Dziewczyny są przeziębione i nie chodzą do przedszkola. Ja poruszam się po domu truchtem, zderzam się czasem na zakrętach z mężem, który też ma dziwny obłęd w oku. Karmię, sprzątam, lulam, niuńkam, piorę, prasuję, myję, pielęgnuję. Negocjuję, konflikty rozwiązuję, przytulam, kurwami rzucam, ciasto w makutrze kręcę, a to wszystko z błąkającym się uśmiechem na ustach – przecież zawsze mogę wybiec z domu i NIGDY NIE WRÓCIĆ. Cudownie mieć alternatywę. Kilka dni temu obudziłam się w nocy i o 2:30 widzę wpatrzonych w nas Brunona i Jaśminę, którzy jednocześnie domagają się przytulenia. Przytomnieję nieco i spanikowana ruszam do Gucia, sprawdzić czy oddycha, bo nie domagał się jedzenia przez 6 godzin. A to wszystko po to, by o 5:30 zobaczyć wchodzącą do sypialni Florkę, która mówi – mamo, tak strasznie chce mi się jabłka, mogę iść na dół i sobie przynieść?

Jutro Marcin wraca do pracy, a ja coś czuję że będę go szczerze nienawidzić za to, że on do tejże pracy wychodzi. Kiedyś i ja tego luksusu doczekam. A tymczasem jest jak jest, będzie jak będzie. Tylko niech dzieci nie chorują, wtedy ogarnę to całe stadko i zachowam względne zdrowie psychiczne.

Czekam z utęsknieniem na połowę kwietnia, kiedy to jestem umówiona z kuzynką na dokumentalną sesję fotograficzną „Dzień z życia”. Umawiam się z Paulą na tę sesję od drugiego porodu, aż wreszcie przy czwórce dzieci spróbujemy sprawę sfinalizować. Dziewczyny wstają codziennie i pytają czy to dziś przyjedzie ciocia. A potem wysłuchuje jęków pod tytułem – dlaczego jeszcze trzeba tyle czekać? Niesłychanie cieszę się na ten wspólny czas, mam dużą potrzebę posiadania kobiet wokół siebie. Jeśli jesteście ciekawi na czym polega dokumentalna fotografia rodzinna, zapraszam tu.

Poza tym, że mam duży głód życia zewnętrznego, to dobrze mi w tym miejscu, w którym teraz jestem. W życiu nie chciałabym być znowu matką pierwszego dziecka. Byłam wtedy napięta jak guma w gaciach. Nie chciałabym też mieć znów 25 lat, z tym całym „powinnam”, które mnie wypełniało. Nabrałam wreszcie luzu, bardziej siebie lubię i wreszcie nie mam potrzeby spełniania oczekiwań świata zewnętrznego.

nasze dzieci

Ala



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *