Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem

Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem

Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem

Coraz chętniej kolekcjonuję przeróżne anegdoty rodzinne. Dziś podzielę się jedną z moich ulubionych. Powiedzenie z tytułu postu, którego autorką była mama mojego ojczyma – babcia Kazia, weszło na stałe do rodzinnego słownika.

A było to tak… Babcia  Kazia miała czterech synów. Różnica wieku pomiędzy środkowymi – bliźniakami (Wojtkiem i Benkiem), a najmłodszym synem Antonim to 7 lat. No i kiedy Antoni ożenił się i wyprowadził z domu, babcia Kazia będąca zdaje się już wtedy wdową, pojechała do niego na święta Bożego Narodzenia. Po powrocie, synowa Ewa (żona Wojtka) pyta ją – No mamo, nic nie opowiadasz, jak było u Antków? A babcia Kazia wygładzając prostą już jak kartka papieru spódnicę nabiera powietrza i mówi – Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem. Ale ty Ewunia pamiętaj, żeby mnie odpowiednio wcześnie na następne święta zaprosić.

No i jak tu nie zapamiętać takiej złotej myśli. A zastosowanie się do tych słów pozwoli zapewne uniknąć niejednych kwasów w rodzinie. Może po menopauzie pożegnam etap nieowijania w bawełnę, na rzecz powściągliwości.

Teraz wiadomość z ostatniej chwili – Florka złapała o co chodzi i zaczęła sama jeździć na rowerze. Może „jeździć” to trochę za szumnie powiedziane, ale ujmijmy to tak – porusza się sama na rowerze. No ale ja wiedziałam, że tak będzie.  Zabrałam ją w piątek na rower (jeszcze wtedy z kijem), bo Marcin mówił, że dziecko już PRAWIE jeździ i wymyśliłam, że ona poćwiczy, a ja będę przymuszona do biegania. Okazało się, że faktycznie PRAWIE robi wielką różnicę. Córka więc musiała po tej LEKCJI zacząć sama jeździć, bo pewnie wolałaby się dać pokroić niż drugi raz iść z mamusią na naukę czegokolwiek. Nie, ja się do nauczania za bardzo nie nadaję. Jak tylko powiedziałam mamie, że byłam z Florka na rowerze, mama westchnęła i zapytała – Boże, moje biedactwo, czy bardzo płakała? Tak, to pytanie trafia w sedno. Chociaż Florka to ambitna twardzielka. Wróciła mokra, brudna, ze zdartym łokciem, podrapana przez krzaczory i mówi – tato ja wcale nie płakałam, ja tylko szlochałam.

Patrzę sobie właśnie przez okno, że córka śmiga po działce, czyli jednak jeździ 🙂 Ciągle będę się upierać, że pewien poziom stresu przy nauce jest pomocny.

Urlop Marcina za półmetkiem. Jest to pierwszy nasz urlop spędzony w domu. Kiedyś było to dla mnie nie do pomyślenia. Ale teraz, sama myśl o pakowaniu się chociażby na kilka dni przy czwórce maluchów powoduje całkowity odpływ energii. Leniwa się zrobiłam. Do tego unikam problemu związanego z pozostawieniem kota. Kiedyś wszędzie go ze sobą ciągnęliśmy. A teraz mam na tyle dużo dzieci, żeby nie chcieć myśleć o zabieraniu futrzastego złośliwca.

Brak wyjazdu zabiera mi jednak pewną soczystą radość. Radość patrzenia, jak niezbędną „apteczkę” pakuje Marcin. Przez te wszystkie wspólne lata wypracowaliśmy system – ja pakuję wszystkich, Marcin jest od spraw medycznych. Skutkuje to tym, że „apteczka” stanowi prawie pół bagażu. Czego my tam nie mamy – obok standardowego „dziecięcego” zestawu leków i opatrunków, zabieramy ze sobą wenflony w różnych rozmiarach, strzykawki, zestawy do przetaczania płynów, sól fizjologiczną półlitrową i mniejsze, płyn wieloelektroliwtowy, adrenalinę – bo ktoś może dostać wstrząsu, leki przeciwhistaminowe – w razie alergii, sterydy wziewne – w razie duszności. No i co roku przy pakowaniu tych syropów, czopków, tabletek, ampułek, nebulizatora, ciśnieniomierza, termometrów słyszę – słuchaj, ale na przyszły rok to ja już MUSZĘ mieć defibrylator. Czasem sobie żartuję, że na wyjazdach powinni nam dawać darmowe noclegi przy takiej obstawie medycznej. W sumie, to faktycznie wolę to wszystko zabierać i nigdy z tego nie korzystać, niż miałoby być na odwrót. Takie małe zaklinanie rzeczywistości.

O i jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała – jak pięknie mnie mąż zgasił w miniony czwartek. Moje awanturowanie się weszło w ostatnią mało dynamiczną fazę „poczepiam się jeszcze dla zasady”. Coś tam jeszcze burczałam w stylu – Nudno mi! Wprowadźmy coś nowego w firmie. O, albo się przeprowadźmy! Ile można w jednym miejscu mieszkać, ja zawsze chciałam do Gdańska się wynieść. Marcin spojrzał tylko na mnie zmęczonym wzrokiem i powiedział – weź idź sobie coś wyrzuć, to ci przejdzie.

Miał rację, chwyciłam znienawidzone serwetki, przeleciałam się do śmietnika i spokój trwa już trzeci dzień. Znamy się jak łyse konie.

Ala

 

 

 

 

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *