Lep na muchy

Lep na muchy

Lep na muchy

Jakże miło po taaaakiej przerwie zajrzeć do wirtualnego świata 🙂 Jakoś tak mi się nie składało. Mało czasu, mało przestrzeni w mej własnej głowie, mało sprzyjającego klimatu. Nie nadaję się na regularne cokolwiek, w tym na regularne pisanie na stronie. Ostatni przepis wstawiony w lipcu, ostatni wpis z kategorii – zwykłe życie – chyba z sierpnia. Pamiętam, jak FB mnie kiedyś upomniał i nakazał poprawę, bo przeciętny czas, w jakim odpowiadałam na komentarz to było 14 dni. Ja się do tego nie nadaję. Ileż to razy obiecałam sobie, że choć przez jeden tydzień będę wstawiała codziennie jakiś materiał na Instagramie i… I zwykle zapału starczało mi do środy. Podobnie z FB, szanujący się blogerzy kulinarni linkują 3-5 przepisów dziennie. No i ja znów obiecałam sobie, że choć przez tydzień, chociaż 3 przepisy dziennie. Tu zapału do środy nawet mi nie starczało. Pracować ponoć należy nad sobą całe życie, więc i ja zakasam rękawy i jakiejś pięknej niedzieli postanowię, że od dnia następnego przez okrąglutki tydzień, w mediach społecznościowych będę sprawowała się, jak na współczesne czasy przystało.

Tegoroczny wrzesień jest dla nas ważnym miesiącem, bo pierwsze nasze dziecię do szkoły poszło. Dowody niezbite są – pasowanie na ucznia było, legitymacja szkolna przyniesiona, stanowczo za ciężki plecak stoi w pokoju. Florka daje radę, choć kosztuje ją to dużo wysiłku. Program nauczania jest intensywny, 38 godzin lekcyjnych w tygodniu kosztuje sporo naszą pierwszoklasistkę. W związku z tym bardzo się staramy, żeby weekendy były atrakcyjne. Piątkowe wieczory to czas wspólnego oglądania filmów. Gusta niełatwo pogodzić, bo nie dość, ze rozstrzał wiekowy między dziećmi, to jeszcze ściera się świat żeński z męskim. Brunon zawodzi – ja nie chcę dziewczyńskich filmów, dziewczyny nie są dłużne i krzyczą, że chłopięce bajki to nuda. Tylko Guciowi jest to obojętne, grunt żebym ja była w zasięgu jego rączek.

Sobota to powolne śniadanie, koniecznie takie bezkanapkowe, bo po pięciu dniach roboczych kanapki wszystkim wychodzą uszami. Bawimy się więc w różnej maści omlety, placuszki, naleśniki, ekstra wypasione owsianki. Potem cały dzień dla dzieci – wycieczka bliższa lub odrobinę dalsza, wspólne pieczenie, czytanie, granie. Wieczory za to są nasze – rodziców. A w niedzielę, to już trzeba łapać kontakt z rzeczywistością. Nigdy nie lubiłam niedziel, niby dzień wolny, ale myśli są już zupełnie gdzie indziej. Jest to takie przeciwieństwo piątkowego wieczoru.

Pozwolę sobie przeskoczyć z tematu szkolnego, na temat przekwitania (i nie o roślinkach się rozpiszę). Otóż jakieś 3 tygodnie temu rozbawiła, rozczuliła i jednocześnie do rozmyślań zmusiła mnie moja koleżanka. Zdzwoniłyśmy się po długim jak na nas okresie milczenia i usiłowałyśmy umówić na którąś sobotę. Podałam w rozmowie jedną z sobót jako wolną, a moja Jolka tonem, w którym było słychać powstrzymywany płacz mówi – Ala, w tę sobotę ja nie mogę, ja 40 lat kończę, ja nie wiem, ja chyba nikogo nawet nie zaproszę. Pośpieszyłam jej z pomocą, kobiecą otuchą, namówieniem do lekceważenia wieku metrykalnego, że śliczna, że na 5 lat mniej wygląda, że mąż fajny, dzieciaki cudne, dom piękny, wszyscy zdrowi, praca wredna, ale to zmienić można, i że w ogóle w dupie należy mieć te wszystkie urodziny, a okrągłe to już zwłaszcza. No i nie pomogło, Jola i tak w dołku czterdziestkowym została.

Rozmyślania o czterdziestych urodzinach jakoś mnie opuścić nie chciały. Czy czterdzieste urodziny dla kobiety mogą być bardzo radosne? Ja jeszcze niedawno miałam ochotę zorganizować z tej okazji dużą imprezę z tańcami. Ale im bliżej grudnia i im więcej o tym myślę, tym mniej jestem do pierwotnego planu przekonana.
Czterdzieste urodziny to taka wczesna jesień dla kobiecego organizmu. Niby specjalnej różnicy w swoim wyglądzie na przestrzeni ostatnich 5 lat nie widzę, ale jak się tak pod światło stanie…
Mniej napięty owal twarzy, zmarszczki mimiczne utrwalone. Pośladki oj nie takie jak dziesięć lat wcześniej.
Oczy dojrzałe, głębsze i mądrzejsze, mnogość doświadczeń w nich widać, trochę smutku, sporo zmęczenia.
Do tego dochodzi świadomość, że za chwilę pierwszy siwy włos się ujrzy, że pożegnanie z płodnością za kilka lat nastąpi.
Czterdzieste urodziny na pewno nie są łatwe dla kobiety i to bez względu na to, jak fajnego mężczyznę ma się u boku i ile dzieci wokół biega.
Przedsmak tego biologicznego okrucieństwa miałam okazję odczuć jakieś trzy tygodnie temu. Marcin nawiązał współpracę z pewną firmą z branży rolnej. Pojawił się więc u nas w domu ich spec od sprzedaży, wraz z umową dla Marcina i materiałami promocyjnymi. Męskie rozmowy zmierzały już ku końcowi, pan specjalista w pewnym momencie zrobił rundę do samochodu i z powrotem. Podchodzi do mnie zamaszyście i…
I nie, nie złapał mnie za tyłek – GORZEJ – pan szarmancko skłonił głowę, wyciąga w moim kierunku coś tajemniczego i mówi – proszę bardzo, a to dla pani. Patrzę wcięta na wręczone mi „to dla pani”, a to LEP NA MUCHY. Podziękowałam grzecznie, bo tak mnie mamusia w domu uczyła i gdy tylko pan wyszedł rozerwałam opakowanie w poszukiwaniu sama nie wiem czego. Może tam ukrył jakąś czekoladkę? Suchy kwiatuszek? Diamenty? Nieprzyzwoity liścik? Otóż nie. Był to tylko i wyłącznie – lep na muchy sztuk 10 + 2 gratis. Nadchodzi czas przejrzystości.
Pomiędzy Pilchem a Tokarczuk czytam sobie ostatnio opowiadania Alice Munro. Źle się ich nie czyta, ale jeśli reszta twórczości Alice Munro jest podobna, to ja kryteriów przyznawania literackiej nagrody Nobla nie rozumiem. Kudy tym opowiadaniom do „Chłopów” Reymonta…
Ponieważ wszyscy lubimy wiejskie klimaty, zabraliśmy dzieci do skansenu w Osieku. Uwielbiam to miejsce, zwłaszcza w soboty, bo można się tam pętać samemu. Mogłabym się wałęsać między tymi płotami i chałupami co tydzień. Jak oglądam pstryknięte z Osieka zdjęcia, to stwierdzam, że wnet identyczne ujęcia za każdym razem robię. Najwyraźniej ciągle to samo mnie zachwyca. A to pochyły płot, a to uchylona furtka. Tu kot, tam pszczółka, dzbanek obity, niebieska rama okienna, zagon z dyniami, słoje z ogórkami.
Brunon przechodzi teraz intensywną fascynację maszynami rolniczymi. Biegał tam zachwycony pomiędzy starymi pługami, bronami i innym rdzewiejącym ustrojstwem.

lep na muchy


Po powrocie z Osieka włączyłam dzieciom serial Chłopi i pociechy nasze przepadły. Ciekawość wymieszana z ogromnym zdziwieniem. To tak w domach wyglądało? Taki mały chłopiec i pracuje? Ucieszył się, bo chleb dostał? Dzieci nie zdają sobie sprawy, że nasze życie wcale od tamtego bardzo nie odbiega. Jest łatwiejsze z powodu postępu technologicznego, dostępności ochrony zdrowia, a cała reszta to fałszywa estetyka rodem z Instagramu.

Do rolnictwa Marcina coraz bardziej ciągnie, dzięki temu idzie nowe – numer identyfikacyjny producenta rolnego mamy nadany, poplon rośnie, jestem ciekawa co też z przyszłorocznej uprawy konopi  nam wyjdzie.

Ala

P.S. Byliśmy na ślubie i weselu mojego brata. Byliśmy z całą naszą gromadką. Ależ ja się wybawiłam! O 21.00 Gucio miał dość, poszłam go nakarmić i uśpić. Położyłam się z nim do łóżka taka ładna, umalowana, uszminkowana, z bimbającą biżuterią, zrobionymi włosami. I najpierw było trzeba pozdejmować kolczyki, bransoletki, bo ciągnął i szarpał za wszystko. Potem ssał, ssał i spać nie mógł. Wreszcie zasnął, ale miał potrzebę dotykania mnie rączką. Zanim udało mi się wyswobodzić, starszy syn nadszedł do spania. Położył się z drugiej mojej strony, trochę pogadał, objął ramieniem, przerzucił przeze mnie nogę i zasnął. No i leżę sobie – jeden z jednej, drugi z drugiej, zastanawiam się co teraz – wstawać, czy nie wstawać? Stwierdziłam, że czekam na Marcina, bo przecież ich samych w pokoju hotelowym nie zostawię. Zanim Marcin przyszedł, ja poczułam już jak makijaż pod wpływem ciepła dziecięcych ciałek zaczyna mi spływać, jak włos mam zmierzwiony od walki z Gustawem w łóżku, jak napięcie mięśniowe zaczyna mi spadać. Gdy tylko jakaś nadludzka siła (bądźmy szczerzy – zwyczajne parcie na pęcherz) spowodowała, że powstałam z łóżka i zobaczyłam się w łazienkowym lustrze, to stwierdziłam – a ja to wszystko pier… Zdjęłam z siebie mój piękny czerwony kombinezon, zmyłam z twarzy, to czego w poduszkę nie wytarłam, wtuliłam się w synów i odpłynęłam 🙂

 

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *