Pójdę boso

Pójdę boso

Pójdę boso

Uwiera nas brak 7-osobowego samochodu. A w głowie nam się kręci od ciągłych zmian decyzji: nowy-używany-nowy-używany. Raz decydujemy się na kredyt, innym razem stwierdzamy, że kupimy cokolwiek używanego za to, co „urobi się” ponad codzienne potrzeby. Raz pani z banku daje kredyt, jak tylko US dośle zaświadczenie o niezaleganiu, a za kilka dni dzwoni – Panie Marcinie uruchomiłam ten kredyt, w sumie to nie potrzebujemy żadnych zaświadczeń. A Pan Marcin na to – ale ja nie chcę żadnego kredytu. A Pani – jak to Pan nie chce? Może Pan weźmie 100 tys. bez podpisu żony i na lokatę włoży, może potem się przyda? A ta żona, co jej podpis przy 100 tys. okazuje się zbędny, ze szczęścia pękła, gdy usłyszała propozycję Pani z banku. Aktualne stanowisko jest następujące – wolę jeździć starą białą multiplą, niż nowym czarnym czymkolwiek za bankowe kupionym.

W zeszłym tygodniu wydawało mi się, że ja tu za płotem jestem uwięziona, uciśniona, wyrzucona poza życie społeczne, otumaniona i wnet liofilizowana. A tu dnia pewnego mąż o mnie zadbał i życiu postanowił przywrócić. Zabrał mnie – uwaga – do bydgoskiego TESCO. Męczące dźwięki sączą się z głośników, klimatyzacja chłodzi niemiło, jarzeniówki się jarzą, Gucio zestresowany wyrzuca co chwilę rączki w odruchu Moro, ludzie kaszlą i sapią. Ja wrzucam na oślep towar do koszyka, patrzę na przestraszone dziecko i zastanawiam się – co ja tutaj robię?

Słuchajcie, zdziczałam, zdziwaczałam. Powróciłam do mojego mikroświatka za płot. Do brzęczących kosiarek, rozgrzanego lasu, wbijających się w stopy szyszek. Otwieram komputer, zamawiam zakupy z Piotra i Pawła, pan mi je przywozi. Wszystko odbywa się higienicznie. Bywają tygodnie, że butów na stopy w ogóle nie zakładam. Stopy są oczywiście potem w stanie opłakanym, ale wydają się szczęśliwe. One i trawa, one i domowa podłoga.

Uszczupliłam samochodową pulę i zamówiłam dzieciom basen. Zastanawiam się, czy będzie jak ze wszystkim – człowiek staje na głowie i kupuje dzieciom coś, co je na pewno ucieszy. I  faktycznie cieszą się i kłócą zajadle przez trzy doby, a potem nawet nie zauważają nowego zakupu i oświadczają, że jest nuuuudno. Jak ja pasłam się w wakacje z kluczem na szyi, nie miałam takich problemów. Wystarczały – piłka, skakanka, talia kart, badminton. I jeszcze nóż. Jak ja uwielbiałam grać w „noża”. Rysowało się duży okrąg na ziemi, dzieliło go na pół i rzucało nożem w pole przeciwnika. Gdy po rzuceniu nóż wbijał się w podłoże, „odkrawało” się nim fragment pola rywala i poszerzało własne terytorium. Byłam w tym świetna, chyba mam zadatki na nożownika. 

Zadziwia mnie estrogenowa miękkość mojego ciała, jeszcze nie tak dawno byłam zdecydowanie twardsza. No i kiedyś szalałabym z tego powodu. Leciałabym świńskim truchtem dobre 15 km, rzucała do wykonania 200 brzuszków, katowała chińską bańką. A teraz… A teraz taki spokój we mnie zapadł. Zgrabne zdanie podsunęła mi z FB moja mama – to co przed trzydziestką nie mieściło mi się w głowie, teraz mieści mi się w dupie.

Jak wreszcie będę miała przestrzeń żeby zrobić coś dla siebie, obiecałam sobie że powrócę do nauki języka rosyjskiego. Kurs? A może jeszcze lepiej studia? Nie interesuje mnie przydatność, interesuje mnie wyłącznie radość i przyjemność. Gdy się już tym rosyjskim nasycę, przejdę do realizacji marzenia życia – przeprowadzę się do Helu. Kocham Hel, tęsknię za Helem, podglądam sobie Hel z kamerek. Z trzech stron woda, z jednej wąski pasek lądu. Mała dziura, mało ludzi, ukochane moje miejsce. Najbardziej lubiłam usiąść w porcie o 5 rano, gapić się na kutry i rybaków, fotografować chude koty portowe z pyskami noszącymi ślady częstych kocich lub szczurzo-kocich potyczek.

No ale tu, w głębi lądu też dzieją się ciekawe rzeczy. Sąsiedzi stali się w weekend właścicielami nieznanej mi formy życia, która chyba została zlikwidowana, a była taka fascynująca w swej ohydzie.

Ha, robiłam w długi weekend jeszcze jedną rzecz mającą połączyć mnie z jakąś tam częścią społeczeństwa. Zaczęłam oglądać „Lucyfera”. Iiii… I dwa odcinki spoko, a po czwartym zaniechałam oglądania. Stwierdzam, że „Lucyfer” jest jak Coca-Cola – dobry dla 16-latków. 

A to moi panowie (uwaga, większość z nich jest półnaga):

Brunon

ojciec i syn

Ala



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *