Rolety rzymskie i sceny małżeńskie

Rolety rzymskie i sceny małżeńskie

Rolety rzymskie i sceny małżeńskie

Uwielbiam takie piątki jak wczorajszy – wszystko udało mi się zmieścić co powinnam – pracę, czytanie dzieciom, wspólne gotowanie i pieczenie. Na pierwszy rzut poszedł chleb, potem szybki obiad, no i gdy wskaźnik moich baterii pokazał czerwoną kreskę, dzieci wspaniałomyślnie pozwoliły zrewidować swoje deserowe potrzeby i zamiast babki kawowej pozwoliły mi machnąć biszkopt z brzoskwiniami.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie była żadna wspaniałomyślność, tylko spryt. Jasno powiedziałam, że na babkę nie mam już siły i albo biszkopt, albo deseru niet. Rachunek zysków i strat jest w takiej sytuacji oczywisty, a decyzja dzieci przewidywalna 🙂

Marcina za to dopadły problemy natury czasoprzestrzennej. W jednym tygodniu zapytał mnie – a jaki to dzień dzisiaj mamy? Odrzekłam zgodnie z prawdą, że środę. Myślałam, że to koniec tej jakże treściwej rozmowy, ale nie. Mąż mój patrzy na mnie osłupiały i pyta – Jak to? A gdzie wtorek? W kolejnym tygodniu w podobny sposób zniknęła mu środa. Na szczęście z wyjaśnieniem tej zagadkowej sytuacji pomogła moja mama, cytując fragment brzechwowego wierszyka:

(…) Wtorek środę wziął pod brodę:
„Chodźmy sitkiem czerpać wodę”(…)

Ten tydzień utwierdził mnie w przekonaniu, że dobieranie się w pary na zasadzie przeciwieństw charakterów jest niegłupie. Ja na tym zyskuję bardzo dużo, zyskuję bowiem życie. Każdy inny chłop by mnie zatłukł. Ba, sama nieraz bym to zrobiła. Oczywiście umiem Marcina wyprowadzić z równowagi, przez pierwsze kilka lat związku myślałam, że to niemożliwe, ale kropla drąży skałę – udało się po licznych próbach. Mnie za to z równowagi wyprowadza prawie wszystko, na dodatek do eksplozji dochodzi w tempie ekspresowym.

Jeżeli przedmiot martwy staje się oporny we współpracy ze mną, kończy zwykle w śmietniku. No chyba, że pędząc do śmietnika natknę się na Marcina i on z mych rąk odbije podstępnego przeciwnika. W tym tygodniu odbił z moich wściekłych szponów rolety rzymskie.

Stwierdziłam, że odkurzanie i ścieranie rolet na mokro to za mało, trzeba wreszcie zmierzyć się z ich zdjęciem i wypraniem (a przede wszystkim z ich założeniem po wypraniu). Odwiązanie i odpięcie rolet, a następnie wpakowanie ich do pralki i wyprasowanie, to małe miki w porównaniu z koszmarem równego zawiązywania sznureczków. Z ponownym wieszaniem pierwszej partii rolet zmierzył się Marcin – poszło ekspresowo. Stwierdziłam więc – phiii, nie taki diabeł straszny… Obwieściłam, że drugą partię wieszam ja. No i już przy pierwszej rolecie robiło mi się na zmianę zimno i gorąco. Najpierw przymocowałam ją na oknie, patrzę – krzywo. No więc jeszcze raz i potem jeszcze. Wreszcie wisi jak powinna, przetykam sznureczki przez oczka i coś mi nie pasuje. Nagle – eureka! Zapomniałam powkładać listwy w tunele. Zdejmuję więc ją z okna wtykam listwy i próbuję znów powiesić ją prosto. Już się gotuję, biorę głębokie wdechy, syczę niecenzuralne słowa. Ponownie przekładam sznureczki przez oczka i wisienka na torcie – wiązanie. Wiążę, podciągam, patrzę – prawa część rolety wyżej niż lewa. Odwiązuję, poprawiam, podciągam – znów to samo. Odwiązuję, poprawiam, podciągam – lewa strona wyżej niż prawa. Odwiązuję, poprawiam zbyt energicznie, odrywa się plastikowe uszko. Już nie syczę, lecz ryczę te wszystkie brzydkie wyrazy. Biegnę do sypialni policzyć ile rolet wyprasowanych leży na łóżku – a tam ich pięć. Leżą takie białe, wiotkie i patrzą na mnie. Zbieram je pod pachę, zszarpuję tamtą z okna i lecę po schodach ledwo co zakręt w drodze do drzwi wyjściowych wyrabiając. W locie przechwytuje mnie mąż, mała walka wręcz i to teraz on z roletami pod pachą biegnie, ale w górę po schodach. Dzieci patrzą – Florka kwituje – ale wy śmieszni jesteście, jak Masza i Niedźwiedź.

Stan na dzień dzisiejszy jest taki – rolety wiszą RÓWNIUTKO, ja żyję, Marcin żyje. Do wyprania i powieszenia zostały nam jeszcze trzy sztuki, ale to taki creme de la creme – wszystkie z podwójnych drzwi balkonowych. Ja się za to nie będę brała, mam od tego człowieka 😉

Nawiązując teraz do poprzedniego wpisu – Florce kupiliśmy większy rower. Przeskoczyła z kół 16-calowych na „24”. Jaśminkowy ząb wypadł następnego dnia po opublikowaniu wpisu, tak więc wróżka zębuszka jest już tylko wspomnieniem. Gucio wreszcie mówi do mnie mama, ale tylko wtedy, gdy na Ala nie reaguję. No i jeszcze Brunon, który staje się takim „dorosłym” chłopakiem. Wpada kilka dni temu z dworu i pyta – nalejesz mi wody? Nalewam, on wypija i prosi o jeszcze. Ja nalewam mu drugą szklankę, chcę wrócić do komputera i obliczeń. Brunon protestuje – poczekaj mamo, aż wypiję. Czekam grzecznie. Brunon wypija drugą szklankę wody, bierze mnie za rękę i mówi – a teraz chodź do łazienki, pokażę ci, jak sikam na stojąco.

Muszę przyznać, że idzie mu to fachowo.

A jeszcze przypomniała mi się jedna zabawna scenka małżeńska sprzed dwóch lat. Otóż ogarnęło mnie kiedyś poczucie okropnej niesprawiedliwości i niedopieszczenia zakupowego. Wywiązała się między nami dyskusja, którą zakończył foch Marcina i jego pójście spać, bo „(…) jesteś pod wpływem hormonów i dyskusja z tobą jest bezsensowna”. Zostałam taka wściekła, taka niezaspokojona kłótniowo, taka sama. No i w ramach wyzłośliwienia się zmieniłam hasła w laptopach, paraliżując tym pracę dnia następnego. Stwierdziłam, że nowe hasło musi nawiązywać do moich braków, brzmiało więc ono ChristianDior. Na szczęście Marcin jest obdarzony poczuciem humoru i nie dość, że nieźle go to ubawiło, to jeszcze rozciągnął całą zabawę w czasie. Po kilku dniach otrzymałam paczuszkę, a w niej może nie kreacja haute couture, ale miałam czym się malować, a potem marudzić przy demakijażu, którego nienawidzę.

Mój odwrót od makijażu i farbowania włosów trwa. Przejadło mi się chyba. Do mojego naturalnego koloru włosów powróciłam gdzieś w 2013 roku. Comiesięczne blisko trzygodzinne posiedzenia u fryzjera koszmarnie mnie irytowały i nudziły. Ale zdążyłam się wyszaleć. Miałam włosy ścięte na zapałkę, miałam włosy długie  za łopatki. Miałam irokeza i grzecznego boba, miałam regularnie wygalane wzorki. Miałam włosy rude, białe, czarne, różowe, fioletowe, brązowe, miałam zieleniejące po czasie odcienie ciemnego blondu. Tylko skrętu na włosach ani razu sobie nie zafundowałam. Korci mnie nie raz, zwłaszcza na wiosnę, żeby odmienić się całkowicie. Ale jak pomyślę sobie o odrostach, to brrr – nie chce mi się.

Z makijażem było podobnie, było kiedyś bardzo intensywnie i bardzo kolorowo. Kiedyś nie wyszłam z domu bez tych wszystkich bajerów – bronzerów, rozświetlaczy, różów, tu czarna kreska, tam biała kreska. Ile ja kolorowych kosmetyków powyrzucałam. Teraz jestem posiadaczką kremu BB – sztuk 1, czarnego tuszu do rzęs – sztuk 1, prawie zużytego zestawu cieni do brwi, naturalnego błyszczyka do ust. Ha, mam jeszcze cień do powiek (nie mylić z paletką cieni)- sztuk 1 i jest on głównie po to, żeby nazywało się, że posiadam takie cudo. No i rzadko z tego skromnego zestawu korzystam.

Pewnie powinnam znów zacząć się „kolorować”, bo dziewczynom niesamowitą radość sprawia już sam widok mojego pędzla kabuki. Prawie wydałam niedawno 200 zł na wybrane cienie od Annabelle Minerals, ale w ostatniej chwili opróżniłam koszyk, otworzyłam sklep rowerowy i kupiłam Florce rower za wielokrotność tej kwoty. Ot cała matczyna logika. Marcin puka się w czoło i odgraża – jeszcze raz powiesz mi, że twoje potrzeby są na samym końcu. Sądzę, że moje podejście jest dość popularne wśród matek – najpierw potrzeby dzieci, nawet jeśli ocierają się o fanaberię.

Od jakiegoś tygodnia biegam z miarą po domu. Muszę pozbyć się Gustawa z naszego łóżka, bo zwariuję. Jemu rosną czwórki, więc ssie całe noce dla ukojenia. Przez to ja zasypiam, gdy on wstaje. Mój sen głęboki wypada pomiędzy 5.00 a 6.00 rano. Tak więc sezon meblowania domu uważam za wznowiony.

Pozostając w klimatach sennych i życiowych zostawiam Was z Mają Kleszcz, którą UWIELBIAM

 

Śpij, śnij

(muzyka: Wojciech Krzak, słowa: Bogdan Loebl)

Śpij śnij, dzień jeszcze też uśpiony
Śpij śnij, że masz dostatek sił
Śpij śnij, łzy mają posmak słony
Śpij śnij, świat łzy to pot i pył
Śpij śnij, szczytne idee przyśnij
Śpij śnij, nabieraj wiary w nie
Śpij śnij, piołunu smak ma prawda
Śpij śnij, że kłamstwo słodkie jest
Kieratu skrzydła do ramion Twoich przypną świt
Nie co dzień w plecy Twe powieje wiatr
Nabieraj sił i podnoś poziom krwinek w krwi
Wiedz, że zielonym sadem jest nasz świat
Śpij śnij, dzień jeszcze twój uśpiony
Śpij śnij, nabieraj wiary w dzień
Śpij śnij, łzy potu jak łzy słone
Śpij śnij, że zło to dobra cień
Na barki trzeba dom nasz i miłość naszą wziąć
Do zgaśnięcia słońca dźwigać musisz je
Twe kruche ręce za słabe za słabe na to są
Noc noże świtu tną
Kieratu wiosła do ramion twych przypina świt
Nie co dzień w plecy twe powieje wiatr
Nabieraj sił i wyrównaj poziom krwinek krwi
Wiesz że zielonym sadem jest nasz świat
Śpij śnij, dzień jeszcze za twym progiem
Śpij śnij, że nadmiar w tobie sił
Śpij śnij, że proste nasze drogi
Śpij śnij, świat łzy to pot i pył
Śpij śnij, szczytne idee przyśnij
Śpij śnij, nabieraj wiary w nie
Śpij śnij, piołunu smak ma prawda
Śpij śnij, że kłamstwo słodkie jest

P.S. Płytę „Odeon” zajechałam do płytowej śmierci – cudowne na niej wszystko – głos, teksty, muzyka.

Ala

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *