Tag: jesień

Rozbiłaś dzbanek!

Rozbiłaś dzbanek!

Rozbiłaś dzbanek! Pamiętacie ten fragment z Matrixa?: Moi synowie przekonali mnie o dwóch następujących rzeczach. Po pierwsze czas ma różne wymiary, a kobieta będąca matką, w sytuacjach podbramkowych potrafi się poruszać pomiędzy tymi wymiarami. Po drugie – to co potrafi Neo, potrafi każda matka. Ratowanie…

Miłość w czasach zarazy

Miłość w czasach zarazy

Miłość w czasach zarazy Wygląda na to, że udało mi się ochłonąć po ostatnich wydarzeniach i wreszcie potrafię zająć się czymś innym, niż tylko trwożne doglądanie Brunona. Ostatnie trzydzieści dni to istny tor przeszkód, jaki nam zaserwowało życie. Wylosowaliśmy przeszkody z kategorii – zdrowotne. A…

Polubiłam jesień

Polubiłam jesień

Polubiłam jesień

Jeszcze nie tak dawno nienawidziłam jesieni, a teraz rozsmakowałam się w niej na całego. Odkąd przeprowadziliśmy się do naszego domu i za drzwiami wejściowymi mam las, następstwo pór roku po prostu uwielbiam. Za żadne skarby nie chciałabym już mieszkać w mieście i budzić się wraz z wyjeżdżającym z zajezdni tramwajem. Nie zniosłabym już życia w betonowym światku obojętnie jak prestiżowego  zamkniętego osiedla.

Nadszedł czas grzybobrania, zimnych poranków i wiszącej mgły. Czas szarlotki oraz kawy z pianką i cynamonem. W kominku wesoło tańczy ogień, ja wyciągnęłam świeczki zapachowe. Pozbyłam się z parapetów zdechłych pelargonii, w skrzynkach pysznią się wrzosy. Usunęłam nasz ziołowy ogródek z tarasu i resztki truskawek. Wsadziłam piękne krzaczki drobnych chryzantem. Czekam z niecierpliwością aż rozkwitną i przekonam się w jakich są kolorach. Przerzuciłam płyty z muzyką i pod ręką leżą: Tony Bennett, Louis Armstrong, Hugh Laurie, no i Czesław Niemen. Czesław Niemen jesienią smakuje najlepiej. Najbardziej lubię w towarzystwie mojej mamy niespodziewanie usłyszeć Niemena w radiu. Zwykle to ona mówi – ojej, Czesia puszczają. A potem obie podciągamy rękawy bluzek i pokazujemy sobie pokryte gęsią skórką przedramiona. Ach, jak on kochał, jak on pisał, jak on śpiewał. Lamus jest ze mnie i dobrze mi z tym.

Dzieciom już dopisują jesienne apetyty. Florka zamówiła na ten tydzień gulasz i zupę dyniową. Brunon i Jaśminka są w stanie zjeść dowolną ilość kiszonych ogórków. Ja pomału domykam listę z propozycjami na bożonarodzeniowe upominki. I znów zastanawiam się, jak powstrzymać prezentową powódź, która zalewa nasze dzieci w okresie zimowym. Bo nie dość, że są święta, to jeszcze wszystkie dzieci zimą obchodzą urodziny. Rodzeństwo nasze i w większości ich drugie połówki pełnią zaszczytną rolę rodziców chrzestnych. Wszyscy starają się odwiedzić nasze potomstwo z okazji świąteczno-urodzinowych. No i weź tu wujku, czy ciociu przywieź upominek tylko dla swojego chrześniaka, jak tenże chrześniak ma rodzeństwo w podobnym wieku. No trudno jest, człowiek czuje się jak świnia wobec pozostałych dzieci. Do tego dziwna matka tychże dzieci przy próbie zrobienia sondy prezentowej odpowiada zwykle – nie wiem, dzieci wszystko mają. A potem patrzy jaszczurczym wzrokiem na te wszystkie paczki i paczuszki i syczy drukowanymi literami – BŁAGAM NIE KUPUJCIE IM TYLE, CO JA MAM Z TYM ROBIĆ. Czasem nawet mówię, że w złocie przyjmę każdy podarek dla dziecka, ale chyba nikt mnie nie bierze na poważnie.

No, ale teraz to tak o prezentach na poważnie. Nienawidzę nadmiaru. A o nadmiar łatwo, gdy dzieciom poza nami prezenty robi jeszcze sześć rodzin.  Teraz, gdy na świecie pojawił się Gucio, jest wielce prawdopodobne, że przybędą dzieciom łącznie dwadzieścia cztery prezenty poza tymi, które my robimy (to znaczy Gwiazdor oczywiście, bo u nas Mikołaj przychodzi 6. grudnia, a w Wigilię przychodzi Gwiazdor). No i dołóżmy jeszcze do tego okoliczności urodzinowe – wariactwo.

Poczyniłam nawet kroki, żeby spróbować to ukrócić. Przeczytałam w zeszłym roku o zdaje się skandynawskim zwyczaju, kupowania z okazji świąt prezentu pod postacią książki i czekolady. No bo czy może być coś cudowniejszego niż zwinąć się na fotelu czy kanapie z książką i pyszną czekoladą? Dla mnie jest to cudowne, a jeśli dla Was nie, to się nie znacie 😉

Rozmawiałam już z babciami, żeby na takich prezentach poprzestać i obie przyklasnęły. Pozostaje mi teraz skonsultować to z ciociami i wujkami. Jeśli i oni na to przystaną – super. Trzeba tylko zastanowić się nad organizacją przedsięwzięcia, żeby książek nie zdublować.

Skoro babcie dały mi palec i na moją książkową propozycję się zgodziły, postanowiłam natychmiast chcieć więcej – chcieć całą rękę. Z konsekwencją u mnie jest ekhm, ekhm, nazwijmy to – niedoskonale. Nienawidzę nadmiaru, ale nie dotyczy to jakoś książek i butów. Jak policzyłam sobie, że jest szansa, by ugrać pod choinkę sześć dodatkowych książek, mogą być z dodatkiem czekolad, wypaliłam natychmiast do mojej mamy – powiedz chłopakom, może wszyscy wszystkim w tym roku robimy prezenty? Na co moja mama na mnie spojrzała i ujrzałam w jej oczach tak dobrze znane mi z odbicia w lustrze łakomstwo – łakomstwo książkowo-czekoladowe. Mama orzekła, że książka była dla niej zawsze najbardziej wyczekanym gwiazdkowym upominkiem i czas nadać prezentom świątecznym właściwa proporcję. Będziemy więc obie proponowały książkowy pomysł w wersji z rozmachem – wszyscy wszystkim.

Jaka ja jestem ciekawa, co oni by dla mnie powybierali, jakie jest ich wyobrażenie o tym co lubię. A gdyby tak rodziny z obu stron chciały się w to pobawić, jaka dopiero to radość – kupić książki dla dodatkowych szesnastu osób. Dyskomfort pewien mam z powodu tego, że nie wszyscy potrafiący czytać członkowie naszych rodzin, czytają książki. Ale zaraz dochodzi do głosu mieszkający we mnie, a czasem nawet dość szczelnie wypełniający mnie złośliwiec – jeśli do tej pory książek ktoś nie czytał, najwyższy czas to zmienić. Poza tym w przyszłym roku możemy zamienić książki na skarpetki. Fajnie jest obdarować każdego.

Dzisiejszy wpis wcale nie miał być o tematyce bożonarodzeniowej. Miał być o naszym dzielnym, małym przedszkolaku. Miał też traktować o trudnych porankach – o Jaśmince, która potrafi w na wpół zdjętej piżamie szwendać się przez dobre 30 minut po pokoju, o Marcinie, który od 5:45 do 6:30 nieprzytomnym głosem kłamliwie zapewnia mnie, że on to już wstał i zaraz zejdzie na śniadanie. Ja zwariuję z tą wymienioną w poprzednim zdaniu dwójką. Obojętnie o której bym nie wstała i ile pyłków spod rozespanych stóp jaśniepaństwa usunęła, oni zawsze wyjdą z domu na ostatnią chwilę lub spóźnieni. I tak w poniedziałki – staram się ich zrozumieć, bo jest po weekendzie. We wtorki – wybaczam. W środy – zaciskam zęby i rozmawiam, tłumaczę, proszę. W czwartki – gumy mi strzelają i szambo wylewa się z moich ust, głównie pod adresem Marcina. W piątki – oni starają się starać.

Odgrażam się, że przestanę rano wstawać i im pomagać w wyjściu. Bo dlaczego ma się nie liczyć to, że zwykle karmię przez całe noce? Powinnam sobie nad ranem przysnąć wraz z Guciem i oczekiwać sprawnego wyjścia do przedszkola i pracy pozostałej części rodziny. No, ale nie zrobię tego. Szkoda mi Florki, która o 6:10 schodzi kompletnie ubrana, z przerzuconym plecakiem przez ramię i jest gotowa na rozpoczęcie dnia. Ją też guzdralstwo reszty doprowadza do rozpaczy – a tak, raźniej nam rozpaczać razem.

Dokończę tłumaczenia – zboczyłam z planowanej tematyki na bożonarodzeniową przez użytkowników mojej strony. W czasie, gdy rozpoczęłam wpis, Marcin powiedział zdziwiony, że święta za pasem, bo na stronie wyszukiwane są przede wszystkim przepisy na pieczone filety z karpia, keks, makowiec i postny barszcz. Dzyń dzyń dzyń.

Ala