Tag: lato

Wymoczki, muchy i kapusta

Wymoczki, muchy i kapusta

Wymoczki, muchy i kapusta Ulało mi się basenem, znudziłam się, nie weszłam dziś do wody. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu zaczniemy spuszczanie wody z tego szpecącego działkę wynalazku. Wkurza mnie pompa, ciągnący się po trawie przedłużacz. Nie cierpię patrzeć na ten pobasenowy łysy placek 

Rolety rzymskie i sceny małżeńskie

Rolety rzymskie i sceny małżeńskie

Rolety rzymskie i sceny małżeńskie Uwielbiam takie piątki jak wczorajszy – wszystko udało mi się zmieścić co powinnam – pracę, czytanie dzieciom, wspólne gotowanie i pieczenie. Na pierwszy rzut poszedł chleb, potem szybki obiad, no i gdy wskaźnik moich baterii pokazał czerwoną kreskę, dzieci wspaniałomyślnie 

Młodość karmi się snami, starość wspomnieniami

Młodość karmi się snami, starość wspomnieniami

Młodość karmi się snami, starość wspomnieniami

Długi weekend już prawie za nami. W czwartek  Marcin ze starszą trójką, blachą placka, kiełbaskami i dwiema torbami z zapasowymi rzeczami pojechał na spotkanie ze znajomym z za chwilę byłej pracy. Dzieci wróciły zachwycone zwierzętami i pertraktują nabycie kolejnych „domowych” zwierzątek. Mają w tej chwili parcie na gekona i żaby. Jestem odrobinę strwożona, gdy słyszę od Brunona – mamusiu, ale tam były też pająki i one naprawdę są takie słodziutkie! Ja jestem jednak odmiennego zdania i wizja sąsiadowania przez ścianę ze słodziutkim ptasznikiem białokolanowym, czy czerwonoodwłokowym nie wchodzi w rachubę. Z ciekawości jednak sprawdziłam ceny tych stworów i się zdziwiłam. Ptasznik jest w cenie dwóch litrów lodów od Kroczka. Tak więc – lody od Kroczka tak, rzekotki tak, pająki nie, nie, nie.

Zbierając do kupy uroczystości majowo-czerwcowe, czyli Dzień Mamy, Dziecka, naszą dziesiątą rocznicę ślubu i zbliżający się Dzień Ojca chciałam wybrać zdjęcia i zrobić rodzinie jakąś fotopamiątkę. Zadanie to okazało się trudne, utknęłam w roku 2017. Co otworzę katalog ze zdjęciami z któregoś tam roku, cała rodzina stoi za plecami i zaczyna się – a pamiętasz…

Zazwyczaj jest tak, że „a pamiętam”, a jeśli nie pamiętam, Marcin wertuje wpisy z mojego zarchiwizowanego amebowa no i sobie przypominamy to i owo.

Jeśli wziąć na poważnie zawarte w tytule przysłowie, to mam niezbity dowód na to, ze starość się skrada. Ja uwielbiam wspominać.

A to śmiejemy się z maskotki kaczki, z którą Florka nie rozstawała się przez dobre 3 lata. A to wspominamy wyjazdy do naszego ukochanego Helu. Jeszcze gdzie indziej na zdjęciach uwieczniony jest pierwszy lód w wafelku, tak wyczekiwany przez cały czas trwania alergii pokarmowej. Poza tym cała masa innych wspomnień – ulubione zabawki, ubrania, potrawy. Nagromadziło się tego dużo.

Tak więc wydrukowania fotopamiątki jeszcze nie zleciłam, ale wraz z dziećmi zrobiliśmy szybciutko kilka kolaży. Przez to, że nie zachowałam chronologii, dzieci czasem mają wątpliwości, kto też na danym zdjęciu jest uwieczniony.

 

Chwila odpoczynku, jaką mieliśmy pozwala złapać oddech, ale zawsze jest to związane z koniecznością gonitwy i nadrabiania tego, od czego się odpoczywało. Lista klientów oczekujących na obliczenia znów dobija do 20 osób, więc koniec żartów, od rana znów praca wre.

A moje marudzenie, że dzieci ciągle takie małe i one już NIGDY nie urosną, Marcin obśmiał – i słusznie. Florka wyciągnęła mnie na przejażdżkę rowerową i zaliczyła swoje pierwsze 10 km. I to po niełatwej nawierzchni i bez żadnego przystanku. Czas zmienić jej rower na większy. Do tego zdała swój pierwszy egzamin z angielskiego, z którego uzyskała wynik bardzo dobry. Jesteśmy dumni i wzruszeni, bo to jest przeżycie, gdy dziecię w progi szkolne idzie.

Jaśminie rusza się pierwszy ząb, powinnam się więc rozejrzeć za jakąś niespodzianką od wróżki zębuszki. Brunon już PRAWIE bez bocznych kółek jeździ, mam nadzieję że trzy dni wystarczą, żeby już samodzielnie śmigał po działce. A Gucio? Gucio z coraz większym zapałem pokazuje swój sprzeciw odnośnie wszystkiego. Jest egzekutorem truskawek i pomidorów – je, dopóki ze stołu nie znikną. No i wygląda na to, że kupiona dwa tygodnie temu paczka pampersów, jest dla Gucia ostatnią. 15 miesięcy skończone, do matki swej mówi po imieniu, zjada wszystko – od śledzia po ogórki kiszone, kto to widział, żeby taki mężczyzna z pieluch korzystał. Jak dorosłość, to dorosłość.

Ala

ZOK, Pilch i pierwsze truskawki

ZOK, Pilch i pierwsze truskawki

ZOK, Pilch i pierwsze truskawki Zakaz opuszczania koszar został trochę poluzowany, a co za tym idzie – całkiem przyjemny. Drożdże stały się ogólnodostępne, ludzie mniej nerwowi. Nawet Marcin po powrocie ze sklepu nie wrzuca całej odzieży do prania na 60 stopni C. Tak jak na 

Wakacyjne podsumowanie

Wakacyjne podsumowanie

Wakacyjne podsumowanie Basen złożony, biurka skręcone, brzozowe liście pętają się po trawniku – wakacje za nami. Ze względu na opóźniony zakup samochodu, były one najbardziej stacjonarnymi wakacjami, jakie kiedykolwiek mieliśmy. Urobiłam się po pachy przy tej naszej gromadce, a ostatnie dwa tygodnie były wyjątkowo ciężkie. 

Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem

Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem

Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem

Coraz chętniej kolekcjonuję przeróżne anegdoty rodzinne. Dziś podzielę się jedną z moich ulubionych. Powiedzenie z tytułu postu, którego autorką była mama mojego ojczyma – babcia Kazia, weszło na stałe do rodzinnego słownika.

A było to tak… Babcia  Kazia miała czterech synów. Różnica wieku pomiędzy środkowymi – bliźniakami (Wojtkiem i Benkiem), a najmłodszym synem Antonim to 7 lat. No i kiedy Antoni ożenił się i wyprowadził z domu, babcia Kazia będąca zdaje się już wtedy wdową, pojechała do niego na święta Bożego Narodzenia. Po powrocie, synowa Ewa (żona Wojtka) pyta ją – No mamo, nic nie opowiadasz, jak było u Antków? A babcia Kazia wygładzając prostą już jak kartka papieru spódnicę nabiera powietrza i mówi – Kłamać nie będę, prawdy nie powiem, nic nie powiem. Ale ty Ewunia pamiętaj, żeby mnie odpowiednio wcześnie na następne święta zaprosić.

No i jak tu nie zapamiętać takiej złotej myśli. A zastosowanie się do tych słów pozwoli zapewne uniknąć niejednych kwasów w rodzinie. Może po menopauzie pożegnam etap nieowijania w bawełnę, na rzecz powściągliwości.

Teraz wiadomość z ostatniej chwili – Florka złapała o co chodzi i zaczęła sama jeździć na rowerze. Może „jeździć” to trochę za szumnie powiedziane, ale ujmijmy to tak – porusza się sama na rowerze. No ale ja wiedziałam, że tak będzie.  Zabrałam ją w piątek na rower (jeszcze wtedy z kijem), bo Marcin mówił, że dziecko już PRAWIE jeździ i wymyśliłam, że ona poćwiczy, a ja będę przymuszona do biegania. Okazało się, że faktycznie PRAWIE robi wielką różnicę. Córka więc musiała po tej LEKCJI zacząć sama jeździć, bo pewnie wolałaby się dać pokroić niż drugi raz iść z mamusią na naukę czegokolwiek. Nie, ja się do nauczania za bardzo nie nadaję. Jak tylko powiedziałam mamie, że byłam z Florka na rowerze, mama westchnęła i zapytała – Boże, moje biedactwo, czy bardzo płakała? Tak, to pytanie trafia w sedno. Chociaż Florka to ambitna twardzielka. Wróciła mokra, brudna, ze zdartym łokciem, podrapana przez krzaczory i mówi – tato ja wcale nie płakałam, ja tylko szlochałam.

Patrzę sobie właśnie przez okno, że córka śmiga po działce, czyli jednak jeździ 🙂 Ciągle będę się upierać, że pewien poziom stresu przy nauce jest pomocny.

Urlop Marcina za półmetkiem. Jest to pierwszy nasz urlop spędzony w domu. Kiedyś było to dla mnie nie do pomyślenia. Ale teraz, sama myśl o pakowaniu się chociażby na kilka dni przy czwórce maluchów powoduje całkowity odpływ energii. Leniwa się zrobiłam. Do tego unikam problemu związanego z pozostawieniem kota. Kiedyś wszędzie go ze sobą ciągnęliśmy. A teraz mam na tyle dużo dzieci, żeby nie chcieć myśleć o zabieraniu futrzastego złośliwca.

Brak wyjazdu zabiera mi jednak pewną soczystą radość. Radość patrzenia, jak niezbędną „apteczkę” pakuje Marcin. Przez te wszystkie wspólne lata wypracowaliśmy system – ja pakuję wszystkich, Marcin jest od spraw medycznych. Skutkuje to tym, że „apteczka” stanowi prawie pół bagażu. Czego my tam nie mamy – obok standardowego „dziecięcego” zestawu leków i opatrunków, zabieramy ze sobą wenflony w różnych rozmiarach, strzykawki, zestawy do przetaczania płynów, sól fizjologiczną półlitrową i mniejsze, płyn wieloelektroliwtowy, adrenalinę – bo ktoś może dostać wstrząsu, leki przeciwhistaminowe – w razie alergii, sterydy wziewne – w razie duszności. No i co roku przy pakowaniu tych syropów, czopków, tabletek, ampułek, nebulizatora, ciśnieniomierza, termometrów słyszę – słuchaj, ale na przyszły rok to ja już MUSZĘ mieć defibrylator. Czasem sobie żartuję, że na wyjazdach powinni nam dawać darmowe noclegi przy takiej obstawie medycznej. W sumie, to faktycznie wolę to wszystko zabierać i nigdy z tego nie korzystać, niż miałoby być na odwrót. Takie małe zaklinanie rzeczywistości.

O i jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała – jak pięknie mnie mąż zgasił w miniony czwartek. Moje awanturowanie się weszło w ostatnią mało dynamiczną fazę „poczepiam się jeszcze dla zasady”. Coś tam jeszcze burczałam w stylu – Nudno mi! Wprowadźmy coś nowego w firmie. O, albo się przeprowadźmy! Ile można w jednym miejscu mieszkać, ja zawsze chciałam do Gdańska się wynieść. Marcin spojrzał tylko na mnie zmęczonym wzrokiem i powiedział – weź idź sobie coś wyrzuć, to ci przejdzie.

Miał rację, chwyciłam znienawidzone serwetki, przeleciałam się do śmietnika i spokój trwa już trzeci dzień. Znamy się jak łyse konie.

Ala