Tag: wiosna

Sto jajek i pięćdziesiąt bratków

Sto jajek i pięćdziesiąt bratków

Sto jajek i pięćdziesiąt bratków Przygotowania do Wielkanocy idą całą parą. Dom wylizany na tyle, na ile jest to możliwe przy czwórce dzieci, kocie i mężu. Pasztet upieczony, galaretka z kurczaka stężała, ćwikła z chrzanem przywieziona. Na parapetach i przed domem bratki. W tym roku 

Survival ospowo-COVIDowy

Survival ospowo-COVIDowy

Survival ospowo-COVIDowy Jestem, żyję, wszyscy żyjemy. Było ciężko i bardzo nerwowo. W czasie, gdy rozpętało się COVIDowe piekło, u nas rozpętało się piekło ospowe u młodszej trójki dzieci. I jak zwykle, gdy czemuś nie dowierzam, mam okazję tego doświadczać. Ospa jak to się ładnie mówi 

My w wydaniu saute – dokumentalna fotografia rodzinna

My w wydaniu saute – dokumentalna fotografia rodzinna

My w wydaniu saute – dokumentalna fotografia rodzinna

Tan tydzień kończy się wprawdzie Dniem Matki, ale mi wzruszenia związane z tym świętem towarzyszą od środy.

Bo właśnie w środę miałam okazję przeżywać Dzień Mamy w przedszkolu, grupa Florki przygotowała piękne przedstawienie. W czwartek oglądałam występy grupy, do której chodzi Jaśminka – tam było dużo śmiechu, bo maluszki wolały rozejść się po sali niczym żółwie pędzące do oceanu i usadowić na kolanach rodziców. W pewnym momencie na „scenie” pozostały tylko panie i kilkoro dzieci 🙂

I jakby wzruszeń i radości było mało, w czwartek wieczorem dostałam piękny prezent od Pauli. Dostałam cudownie skomponowany pokaz slajdów z naszej dokumentalnej sesji rodzinnej „Dzień z życia”. No i najpierw oglądałam nas ze ściśniętą krtanią, a przy finałowej fotografii nie wytrzymałam i jak się rozchlipałam… To sobie pochlipałam oglądając pokaz po raz drugi i trzeci i czwarty. Wystukałam potem smsa do Pauli, bo nie chciałam jej beknąć do słuchawki, a dziewczyna się napracowała robiąc mi przyjemność na Dzień Matki. No bo z kilku tysięcy zdjęć, jakie nastrzelała u nas przez około 14 godzin wybrała takie, by utworzyły spójną, trzymającą za serce kompozycję.

Najpierw do sesji „Dzień z życia” podchodziłam z lekką rezerwą. No bo przecież sama robię niemało zdjęć dzieciom, więc niby po co kolejne. Ale jest jedno ale – na tych zdjęciach nie ma mnie. Ba, moje ostatnie wspólne zdjęcie z Marcinem to zdjęcie ślubne! Tak więc cała rodzina orzekła, że sesję chce, a ja do tego byłam zadowolona, że sobie fotografa przy pracy podejrzę.

Paula miała niełatwe zadanie, bo nasze dzieci wstają przed szóstą rano, ale cóż trafiają się czasem tak wymagający modele 😉 Ktoś zapyta – tyle godzin z obcą osobą w domu? I jest szybka odpowiedź – Paula jest wyjątkowo niekolizyjną osobą, nie żeby się o nią można było potknąć, ale naprawdę w codziennym biegu dość szybko przestaje się zauważać wycelowany w siebie obiektyw (a może ja mam zadatki na gwiazdę?). A gdy po zapakowaniu dzieci do łóżek, Paula wyjedzie wieczorem, potrzeba chwili na ponowną adaptację, bo jakby „czegoś” brakowało.

No i co do efektu sesji ważna rzecz – nie sądziłam, że takie zaskakujące i wzruszające jest zobaczenie swojej codzienności z zewnątrz. To udowodnienie, ile momentów z życia domowników mi umyka gdy jestem w ciągłym biegu między garami i karmieniem piersią. I wiecie co, codzienność jest naprawdę piękna, a Paula potrafi to równie pięknie utrwalić.

Nie będę ściemniać – mamy z Paulą podobne poczucie estetyki, obie kochamy czarno-białe zdjęcia. Ja bardzo cenię taką powściągliwość, którą widać na zrobionych przez nią fotografiach. One są po prostu wytrawne jak wino, jak morze Bałtyckie. Na tych zdjęciach jest dokładnie to co powinno być i ani grama za dużo, taka sztuka umiaru.

A z resztą sami zobaczcie (ostrzeżenie – wpuszczam Was do naszego domu, do nas w piżamach, do nas nieupudrowanych i w rozciągniętych dresiorach, do nas przy stole i na kibelku też):

https://poli-grafia.smartslides.com/u-ali-i-marcina

Syndrom „Super Star”

Syndrom „Super Star”

Syndrom „Super Star” Wielkanoc minęła, majówka za pasem. Patrzę w kalendarz i usiłuję zaplanować przyszłotygodniowe menu – jej jak mi się nie chce. Wolę przeczesywać trawnik w poszukiwaniu żab i jaszczurek zwinek, planować zakup kwiatów na zewnętrzne parapety. Obiecałam sobie i rodzinie, że minione świeżo 

GG – Gustaw i głód

GG – Gustaw i głód

GG – Gustaw i głód No to jesteśmy w domu od ponad tygodnia. Gucio jest najbardziej punktualnym z naszych dzieci. Gdy tylko minęła północ i nastał 15 marca oszacowany przez lekarza jako dzień porodu, syn postanowił opuścić zacisze maminego brzucha. Aż trudno mi uwierzyć, że 

Affogato w Wielki Czwartek

Affogato w Wielki Czwartek

Affogato w Wielki Czwartek

Śnieżna kołderka pokryła trawnik i taras. Patrzę na to z lekkim niedowierzaniem przez czyściutkie okna. Dzieci z mężem urzędują na piętrze, a ja usadowiłam się w bezpiecznej od nich odległości z laptopem i affogato w filiżance. Skoro zima wciąż trwa, to lepiej od kalorycznych pyszności nie stronić – do gorącej kawy z lodami dodałam łychę bitej śmietany.

Najchętniej lepiłabym pierogi z kapustą i grzybami, parzyła gorącym mlekiem mak na makowce. Żółciutkie żonkile pyszniące się w wazonie i palma zatknięta przy zegarze wyglądają niestosownie, jakby mi się święta pomyliły. Sernik na zimno? Za zimno mi na sernik na zimno. Najchętniej zapaliłabym świecę o zapachu cedru i cynamonu. Założyłam bluzę Marcina, otuliłam najsłodszymi i najcięższymi perfumami jakie mam i pewnie za chwilę napalę w kominku.

Nie lubię marca, tym samym nielubieniem, jakim nie lubię listopada, czy też pobudek o 2:30. Marzec i listopad to taki stan zawieszenia pomiędzy porami roku, oczekiwanie w stanie hibernacji. A patrząc na mój rytm okołodobowy, to o 2:30 czekam na 4:00, bo od niej jedynie żabi skok do 5:00, a 5:00 uznaję już za poranek i przestaję czuć się jak nieśpiący dziwoląg.

Skoro taki optymizm tryska z powyższych zdań, dodam jeszcze informację, że zamieszczonego na zdjęciu w poprzednim wpisie chomika zamordował nasz kot. Otworzył klatkę, wyciągnął i zabił. Jaśmince wstawiliśmy kit, że kot otworzył klatkę, a jej prezent urodzinowy skorzystał i uciekł do lasu by zamieszkać z dzikimi myszkami. Stało to nasze dziewczątko z noskiem przyklejonym do szyby w drzwiach wejściowych i wypatrywało czy chomiczek może jednak wraca do domu. Kot ma od tego czasu przerąbane, patrzę na niego najbardziej jaszczurczym spojrzeniem na jakie mnie stać. Instynkt instynktem, mam to gdzieś, chomik był członkiem rodziny i tyle. Nie mogliśmy zostawić córki z pustą klatką i wyrwą po prezencie. W związku z tym mamy kolejnego chomika – tym razem Jaśminka sama wybrała chomika dżungarskiego płci żeńskiej i nadała mu imię Chrupeczka. Zapowiedziałam, że jeżeli historia się powtórzy, to po pierwsze mordercy kryć nie będę, a po drugie sama gołymi rękoma zamorduję.

Jakieś dwadzieścia pięć procent wolnej powierzchni w garażu zastawione jest kartonami i torbami z ankietami, które czekają na przeniesienie do elektronicznej bazy danych. Mam wrażenie, że do śmierci tego nie zrobię, a już na pewno nie nastanie wiosna dopóki ten złóg pod naszym dachem będzie obecny. Sprawy firmowej papierologii delikatnie przemilczę, bo ZAPEWNE całe zastępy urzędników skarbowych czytają moje wpisy i o płaconych po omacku podatkach nie należy wspominać. No i na dokładkę odkryłam, że pewne pani rwie mojego męża. Mężowi niezręcznie, za to nasz były szef ma ubaw jak stąd do Warszawy, a z Warszawy do Olsztyna. A co ja mam w związku z tym? Nic. Ja mam to w dupie, bo pani jest starsza, a co za tym idzie bardziej obwisła ode mnie.

O, na piętrze jakieś krwawe ruchawki się zaczynają. To oznacza, że młody samiec jest głodny i trzeba iść, by dla wszystkich utłuc jakiegoś kotleta.

Ala