Tag: zima

Myśl ma, zamiast powietrzne przerzynać bezdenie…

Myśl ma, zamiast powietrzne przerzynać bezdenie…

Myśl ma, zamiast powietrzne przerzynać bezdenie… Za czasów licealnych pławiłam się z lubością we wszystkim co szare (a jeszcze lepiej czarne), ponure, nostalgiczne i smutne. Im bardziej z czytanych i wysłuchiwanych tekstów wylewały się ból i rozpacz, tym były one dla mnie piękniejsze. A poniższy 

Koronawirus, ospa i wszy

Koronawirus, ospa i wszy

Koronawirus, ospa i wszy Nastrój mam taki, że lepiej by było, gdybym nie napisała ani słowa. Jestem skwaszona, wykrzywiona, podkurwiona i niemiła. Groza związana z  koronawirusem mnie wkurza, nasze rodzinne oczekiwanie na ospę u młodszej trójki mnie wkurza, oczekiwanie na wszy mnie wkurza. Dodam jeszcze 

Rupi Kaur i postrzyżyny

Rupi Kaur i postrzyżyny

Rupi Kaur i postrzyżyny

Uwielbiam takie dni jak ten – rodzinne, bez pośpiechu, spędzone na samych przyjemnych zajęciach. Cieszę się nawet, że sobota zaczęła się tak wcześnie, bo już chwilę po godzinie 05:00. Gucio obudził się i tak głośno domagał wstania i zabawy, że po kwadransie byliśmy w łóżku z całą czwórką dzieci. Najpierw myślałam, że się rozpłaczę, ale chęć natychmiastowego napicia się kawy pomogła mi stanąć na nogi. O 06:05 zaczęłam robić śniadanie w kuchni spowitej delikatnym zapachem wczorajszych faworków, o 06:35 Gucio stłukł pierwszy talerz, po około 7 minutach kolejny. Na moje stwierdzenie, że jestem za słabo obudzona na takie atrakcje, Marcin włożył mi w dłonie kubek wypełniony kolejną kawą z mlekiem i wysłał z powrotem na górę.

Otworzyłam okno i zagrzebałam się w pościeli pachnącej dziećmi. W żołądku chlupało mi pół litra kawy, nozdrza wypełnił zapach zimnej wilgoci. Zwiotczałam szczęśliwa, a po pół godzinie wstałam z wigorem, jaki matka małych dzieci musi w sobie mieć. Wigor ten został podkręcony przez faworki, których kilka sztuk wyszarpnął Marcin z łapczywych dziecięcych łapek i przyniósł nam do sypialni w celu konsumpcji.

Jak mi się wczoraj fajnie z dzieciakami robiło chruściki. Dziewczyny formowały faworki, ja smażyłam, a Brunon pudrował. Gucio też miał swój wkład, a jakże – najpierw wędrował pomiędzy naszymi nogami, a potem dokładnie zlizywał cukier puder z faworka, ciskał oblizanym o ziemię i sięgał po kolejny 🙂

Ale wracając do dnia dzisiejszego – ogłaszam, że wreszcie dotarłam do fryzjera. Udało się! I to bez przekładania. Miałam babskie wyjście z córkami, które od pewnego czasu domagały się zmiany fryzur. Tak więc rachu ciachu i posypały się włosy.

No i przechodzimy mało płynnie do Rupi Kaur i jej zbioru „Mleko i miód”. Pamiętam, że polecano kiedyś tę książkę w „Twoim Stylu”. Pamiętałam tytuł i okładkę, nie pamiętałam co jest w środku. Kiedy w minioną sobotę Sandra zaprosiła mnie na książkową wymianę, z chęcią zabrałam jej z półki „Mleko i miód”. Tomik połknęłam w dwa wieczory, bardzo dawno nie czytałam wierszy. Jakie one są? Jedne to dwuwersowe myśli, inne dłuższe, ale żaden mnie nie zmęczył. Są bardzo kobiece i bardzo prawdziwe. Niektóre bardzo smutne, inne przepiękne, jeszcze inne dość toporne. Niektóre jakby o mnie, niektóre jakby pisane do mnie.

W Huffington Post napisano, że „Mleko i miód” to zbiór wierszy, który każda kobieta powinna mieć na swoim nocnym stoliku. Nie wiem, czy każda powinna, ale ja na pewno chcę mieć „Mleko i miód”. To takie silne kobiece ramię podane innym kobietom. Ponieważ jestem ciekawa autorki, to zdążyłam już sobie zamówić Pakiet Rupi Kaur (z Taniej Książki tutaj), który zawiera w sobie właśnie „Mleko i miód” oraz „Słońce i jej kwiaty”.

Marcin zrobił kolację dzieciom, a mi przyniósł kanapki i herbatę, żeby milej mi się pisało. Na godziną 20:00 dnia 18 stycznia ogłaszam u nas sielankę. Fajnie, że jeszcze wieczór przed nami.

Na koniec pozwolę sobie zacytować Rupi Kaur:

„wszystkie rodzimy się takie piękne

największą tragedią jest przekonanie że to nieprawda”

Ala

 

Zbyszek i inne fiksacje

Zbyszek i inne fiksacje

Zbyszek i inne fiksacje Dziewczyny tworzą na dole jakieś arcydzieła plastyczne, Brunon robi sobie tatuaż z piratem, Marcin walczy o obcięcie paznokci Gustawowi przy jednoczesnej próbie nienaruszenia palców dziecka. Ja zaszyłam się w pokoju Florki z laptopem i ogromną chęcią na podsumowanie ostatnich tygodni. Wczoraj 

Nokaut techniczny

Nokaut techniczny

Nokaut techniczny Jestem obita, ale siniaki już schodzą. Mam swoje napuszone – ja NIGDY nie choruję. Przylazł sobie malutki wirus grypy i udowodnił, że można mnie położyć do łóżka jak małe dziecko. Dwa tygodnie wycięte z życiorysu – zachorowaliśmy po kolei. Zaczęła Jaśminka, potem ja 

Pomiędzy urodzinami a narodzinami

Pomiędzy urodzinami a narodzinami

Pomiędzy urodzinami a narodzinami

Minął festiwal urodzinowy naszych dzieci. Jest to dość męczące, bo nie zdążę jeszcze otrząsnąć się z bożonarodzeniowych trudów kulinarnych, a już muszę startować do robienia tortów. Trzy torty w ciągu 38 dni to trochę dużo jak na moją cierpliwość, nie mówiąc już o tak zwanych ostatnich nogach.

Oczywiście torty można zamówić w cukierni, ale ja mam rozpaskudzone podniebienie. Brzydzę się wszelkim przemysłowym jedzeniem, ono nawet kiepsko udaje prawdziwą żywność. Tak więc z jednej strony marudzę, a z drugiej składam kilkupiętrowe torty, które wszyscy zjadają z przyjemnością.

Zachodzę w głowę, ile tygodni przerwy zafunduje mi matka natura pomiędzy urodzinami Jaśminki, a narodzinami Gucia. Czy Gucio załapie się na miesiąc luty, czy dotrwamy w dwupaku do marca? 36. tydzień trwa, synek ma 2,5 kg. Mój plan jest taki – podtuczyć go jeszcze 500 g, a potem nich łaskawie zrezygnuje z brzusznego lokum.

Czwarta ciąża, a ja mam motyle w żołądku jak pomyślę o tym parującym, wilgotnym ciałku, które na mnie położą. O tym oczekiwaniu na krzyk, o nieporadnych i mozolnych ruchach. O guli, która dławi ze wzruszenia, o wilgotnych oczach męża i najbardziej specyficznym komplemencie, jaki słyszałam już kilka razy – jak ty pięknie dzieci rodzisz. Nic nie może się stać, nic nie może się stać, wszystko będzie dobrze. Moje czarnowidztwo zgniatam w kulkę, niech da mi trochę od siebie odsapnąć.

Urodziny dzieci zawsze skłaniają mnie do pewnych podsumowań. Pozwolę sobie na nie, w końcu to głównie ku naszej pamięci prowadzona jest ta część rodzinna.

Zacznijmy może od naszej sześciolatki. Cudowna, mądra, wrażliwa dziewczynka. Takie dziecko o gołębim serduszku, strasznie łatwo ją zranić. Tak bardzo bym chciała, żeby nabrała trochę grubszej skóry, bo życie lukrowaną babeczką nie jest. Florka zaczęła czytać samodzielnie. Śmieję się z siebie, bo najpierw do osiągnięcia przez nią tej umiejętności parłam, a teraz łza na rzęsie mi się trzęsie. Dziecko mówi – wyjdźcie z mojego pokoju, chcę poczytać w spokoju. Albo siedząc w samochodzie słyszę jej zadowolony ton – mamo, uwielbiam korki, mogę sobie wtedy spokojnie wszystkie reklamy przeczytać. Taka mała romantyczka rośnie, układa sama wiersze oraz potrafi stwierdzić rozmarzonym głosem – jak ja lubię smutne piosenki, są takie romantyczne. Bardzo zdyscyplinowana i obowiązkowa. Zawsze gotowa jako pierwsza do wyjścia do przedszkola.

I teraz gwałtowny zwrot akcji i przejście do naszej czterolatki. Jaśmina – trudno tu cokolwiek w jakąś szufladkę zmieścić. Dzieje się, dzieje się dużo, głośno i gwałtownie. Cieszę się niezmiernie, że ta żywiołowość nie jest już tylko dla nas przeznaczona. Córka otworzyła się i rozkręciła w przedszkolu, tak więc rażenie jej energią nie tylko nas dosięga. Z jednej strony ma wiecznie niezaspokojoną potrzebę ciepła i tulenia, z drugiej strony pokłady wyrafinowanej złośliwości głównie wobec starszej siostry. Dziecko bardzo samodzielne, o bogatym zasobie leksykalnym i predyspozycjach matematycznych. Cierpliwości w niej tyle, ile w jej mamusi – ani ciut ciut. Zaciekle broni swej niezależności.

No i Brunon, nasz dwulatek. Najbardziej wytrwały obserwator, a raczej uczestnik nawet najmniejszych czynności kulinarnych. Świetnie rozjeżdża karetką świeżo zaklejone pierogi, a robienie tortu zajmuje naszemu duetowi cztery godziny. Buntownik i luj plujący na każdego, komu chociażby przez głowę przechodzi pomysł sprzeciwienia się małemu mężczyźnie. Przechodzimy teraz fazę – ja SAM. Jest to aktualnie wyczerpujące, ale bardzo szybko procentuje. Zaciskam więc zęby i nie ograniczam pędu do samodzielności. Jedyne dziecko, które przychodzi do naszego łóżka w nocy, a jak nas jeszcze nie ma to idzie się przytulić do jednej z sióstr. No i jedyne, które w wieku dwóch lat ucina sobie obowiązkową drzemkę w ciągu dnia. Bardzo sprawny fizycznie i bardzo pomysłowy. Ta pomysłowość potrafi nas wprawić w totalne osłupienie i spowodować opóźnioną reakcję. Coraz swobodniej komunikuje się „ludzką mową”.

A relacje całej trójki przypominają trochę odwrócony układ korporacyjny – Brunon tłucze Jaśminę, Jaśmina tłucze Florencję, Florencja nie ma kogo stłuc. Ale jeżeli któreś płacze, to mamy na podłodze kłąb tulących się dzieci.

Jest wyczerpująco, ale bardzo satysfakcjonująco.

Ala