Autor: Ala

Przepis na schiacciatę z rozmarynem i winogronami

Przepis na schiacciatę z rozmarynem i winogronami

Przepis na schiacciatę z rozmarynem i winogronami Przepisy na schiacciatę z rozmarynem i winogronami powstał dzięki apetytowi na ten toskański chlebek, który wzbudziła we mnie Tessa Capponi-Borawska w jednym z felietonów dla „Twojego Stylu”. Jest to nasza ulubiona propozycja śniadaniowa, wprost idealna na powolne śniadania. 

Przepis na mizerię

Przepis na mizerię

Przepis na mizerię Przepis na mizerię wykorzystujemy wielokrotnie przez cały sezon wiosenno-letni. Uwielbiamy tę prostą sałatkę obiadową. Przepisów na mizerię jest pewnie tyle, ile osób ją przygotowujących. Jedni lubią dodać do niej młodą cebulkę ze szczypiorkiem, inni rzodkiewki. Tradycyjnie ogórki do mizerii cienko się szatkuje, 

Przepis na tartę serową z cytryną i tymiankiem cytrynowym

Przepis na tartę serową z cytryną i tymiankiem cytrynowym

Przepis na tartę serową z cytryną i tymiankiem cytrynowym

Przepis na tartę serową z cytryną i tymiankiem cytrynowym umili lipcowe spotkanie z przyjaciółmi. Pasuje do niej kawa, jak i białe lub różowe wino. Polecam miłośnikom umiarkowanie słodkich deserów. Tymianek wspaniale podkreśla smak deserów z owocami. Pasuje między innymi do cytrusów, truskawek, jabłek, brzoskwiń. Odkryjcie to pyszne połączenie.

Przepisy z tymiankiem:

Tort truskawkowo-tymiankowy

Cukinia zapiekana z parmezanem

Tarta brzoskwiniowa z serem, miodem i tymiankiem

Placuszki gryczane z suszonymi morelami

 

Przepis na surówkę z młodej kapusty

Przepis na surówkę z młodej kapusty

Przepis na surówkę z młodej kapusty Uwielbiamy młodą kapustę! Można ją przygotować na wiele sposobów. Najczęściej jemy ją pod postacią surówki, albo duszoną na krótko. Obowiązkowym dodatkiem do młodej kapusty jest dla mnie koperek, duuużo koperku. Bardzo lubię też zupę z młodej kapusty, ale wyjątkowo 

Młodość karmi się snami, starość wspomnieniami

Młodość karmi się snami, starość wspomnieniami

Młodość karmi się snami, starość wspomnieniami Długi weekend już prawie za nami. W czwartek  Marcin ze starszą trójką, blachą placka, kiełbaskami i dwiema torbami z zapasowymi rzeczami pojechał na spotkanie ze znajomym z za chwilę byłej pracy. Dzieci wróciły zachwycone zwierzętami i pertraktują nabycie kolejnych 

Jedyną stałością jest zmienność

Jedyną stałością jest zmienność

Jedyną stałością jest zmienność

Patrzę sobie na piękne piwonie w wazonie, jedne już w pełni rozkwitły, inne mają wciąż postać zwartych kulek. Uwielbiam te kwiaty i jeśli tylko mam możliwość „koncertu życzeń”, to zawsze życzę sobie piwoniowy bukiet z okazji Dnia Mamy. Córki urządziły mi z okazji mojego święta uroczą zabawę. Porozklejały po domu strzałki, a ja poruszając się zgodnie z ich wskazówkami odnajdywałam pochowane dla mnie rączkami córek zrobione prezenty. Była opaska na włosy z papierowymi klejnotami, była i bransoletka do kompletu, a nawet naszyjnik zrobiony ze sznurka i plastikowych fiszek, które potwornie mnie w szyję drapały. No, ale jak jest się mamą, to pewne niedogodności trzeba znieść 😉 Brunon wręczył mi narysowanego i własnoręcznie wyciętego żółwia, a jego starsze siostry oglądając arcydzieło oceniły – o, ten żółw jest nawet do żółwia podobny!

Wczoraj Marcin z Brunkiem miał wyprawę do lasu na męską rozmowę wychowawczą. Ja nabrałam obaw, że syn zmienia nam się w wyjca, bo dzikie wycie i zawodzenie to dźwięki, które z Brunona wydobywają się przy byle okazji. A to piłki nie kopnie tak jakby chciał, a to naleśnik jest złożony, a on myślał, że będzie zrolowany. Każdy powód jest dobry, by uruchomić te dźwięki o strasznej częstotliwości. Po powrocie pytam Marcina, o czym rozmawiali. Marcin mówi – o piłce nożnej, o kombajnach, karetce, wenflonach, wkłuciach. O tym, co będzie robił w przyszłości. Plany Brunona wbiły mnie fotel. Pomimo, że w zabawie jest ostatnio wciąż ratownikiem medycznym, to oświadczył, że jak będzie dorosły, będzie piekł babki i bułki. Zaskoczona byłam z zadowolenia Marcina, ale on przytoczył mi wypowiedź ratownika medycznego, przeczytaną gdzieś w sieci. Wypowiedź o tym, że bywają dyżury, podczas których można zobaczyć więcej krwi, nieszczęścia i śmierci, niż niejeden obywatel zobaczy przez całe swoje życie.

Przypomniały mi się i podyżurowe opowieści i Marcina podyżurowe odrętwienie. Nie sposób zapomnieć stanu ratowniczego mundurka, który nosił na sobie ślady ludzkich wydalin i wydzielin. Pamiętam odzież ratowniczą ubrudzoną krwią pacjentów, co i tak blado wypadło przy pierwszym mundurku ubrudzonym cudzym mózgiem. Pamiętam też sporo krótkich komunikatów – Ala, jadę do zaburzeń psychicznych. Kocham. A potem – tylko się nie martw, czekamy na antyterrorystów. No i ci antyterroryści oznaczali wyjazd do jakiegoś zbira z bronią palną, albo do pewnego rusznikarza, który strzelał sobie do ludzi z kuszy, a to kiedyś ktoś biegał po ulicy i wymachiwał maczetą. Pamiętam nagranie pewnej kompletnie pijanej i agresywnej mamusi, która podczas próby zbadania jej równie pijanego i agresywnego syna, lżyła mojego męża drąc się do niego – ty kurwo.

Kiedyś Marcin powiedział – wiesz jakie to dziwne uczucie, jak pomyślę sobie w ilu domach i mieszkaniach byłem. Dla ilu ludzi byłem ostatnią osobą, jaką widzieli w życiu.

Oglądaliśmy jakiś czas temu Pitbulla, a ja burzyłam się – co oni tam pokazują, przecież tak nie wyglądają współczesne mieszkania. Usłyszałam, że powinnam na dobę wsiąść do karetki jako osoba towarzysząca i miałabym pełen przegląd warunków socjalnych – od lśniących marmurów, po podłogi pokryte szczelnie warstwą ludzkich odchodów. Przegląd pacjentów też bywał pasjonujący – od staruszek wtykających do kieszeni landrynki, po małolaty zwisające z okien bursy i oferujące zupełnie innego rodzaju słodkości.

Wypchnęłabym chętnie Marcina do karetki, na nie więcej niż jeden dyżur w miesiącu. Tego ile żyć uratował, nie jest w stanie policzyć, ale szanse na uratowanie kolejnych powinny być kuszące. A ja do tego uważam, że ten survival w męskim towarzystwie raz na jakiś czas dobrze by Marcinowi zrobił. No i ten ich specyficzny język, debilne żarty, wymiana doświadczeń, możliwość zobaczenia się ze starą gwardią, możliwość poduczenia świeżaków, to wszystko jest nie do przecenienia.

Praca w pogotowiu jest taką przekładką pomiędzy różnymi innymi zajęciami Marcina. Najpierw były dyżury na kardioanestezjologii, zrezygnował z nich na rzecz pogotowia.

Po kilku latach odwrót z pogotowia w stronę, jak nam się wtedy wydawało niezwykle kuszącej propozycji szkolenia się w jednym z najrzadziej uprawianych zawodów w Polsce – perfuzjonisty. Wiązało się to z wyjątkowymi doświadczeniami zebranymi na salach operacyjnych w Bydgoszczy, Grudziądzu, Warszawie. Możliwość przyglądania się jak operują  żywe legendy polskiej kardiochirurgii – profesor Cichoń i profesor Biederman. Zaszczyt prowadzenia krążenia pozaustrojowego podczas wykonywanych przez nich zabiegów. A potem propozycja pracy od profesora Cichonia. Profesora Cichonia, który uczył się asystując profesorowi Zbigniewowi Relidze i na tym znanym zdjęciu zrobionym dla National Geographic jest bohaterem drugiego planu – śpi na podłodze sali operacyjnej.

Marcin z tej propozycji zrezygnował na moją prośbę. Ja chciałam wracać do Bydgoszczy i nie chciałam prawie samotnego macierzyństwa. Chciałam mieć męża i chciałam żeby dzieci miały ojca częściej niż w weekendy. A że potrzeba zmian jest wpisana w nasze charaktery,  znów nastąpił krótkotrwały romans z pogotowiem. Miał być mało intensywny, a wyszło jak zawsze.

Wiadomo, gdy czegoś jest za dużo, to szybko się to przejada. Nastąpił więc przeskok z pogotowia do branży rolniczej. W dotychczasowym miejscu pracy jakby duszno się zrobiło. A niedobór świeżego powietrza fatalnie na cerę wpływa. Szast prast – zamknięty rozdział.

Zgodnie z regułą, w naszym życiu znów powinno pojawić się pogotowie, ale nie jestem pewna czy będzie na to czas. Okazuje się, że rzucenie pracy zaowocowało ciekawymi propozycjami współpracy i to z różnych stron Polski. Druga część roku zapowiada się interesująco.

Marcin dość szczelnie wypełnił ten wpis, trzeba wybaczyć, emocjonujące dni za nami. Ja nadrabiam zaległości – księgowość zamknięta, podatek za zeszły rok dopłacony, zlecenia napływają ciut za szybko, jak na moje moce przerobowe.

Pelargonie zastąpiły bratki. W tym roku już nie chciałam pelargonii calliope, są oczywiście piękne, ale bardzo kruche. Łodyżki nie są w stanie utrzymać ich obfitych kwiatostanów, zwłaszcza gdy te są mokre. Powróciłam do zwykłych, niskich pelargonii rabatowych.

No i tępię szkodniki. Mszyce zagościły na różach, więc przygotowałam dobrze znany specyfik – woda z sodą i olejem. Marcin też tępi szkodniki. Gatunek mi nieznany. Większy od mszyc i jakiś taki obły.

I jest fajnie, fajniusio, po koleżeńsku…

Pisałam już o Dario z „Ślepnąc od świateł”, jeśli ktoś jeszcze nie widział Jana Frycza w tej roli to koniecznie, ale to koniecznie proszę obejrzeć do końca: